Edward Bernstein - Żebrowski (1935 - 2014) - wspomnienie Drukuj Email
Wpisany przez Tadeusz Sobolewski   
sobota, 22 lutego 2014 11:46

Edward Bernstein - Żebrowski (1935 - 2014) - wspomnienie

Żegnamy Edwarda Żebrowskiego, scenarzystę filmowego, reżysera, nauczyciela. W takiej kolejności chciał, żeby go przedstawiano. Żegnamy Edwarda Bernsteina - takim nazwiskiem podpisane są jego pierwsze etiudy, realizowane w łódzkiej szkole filmowej w latach 60., a przedtem publikowane w prasie szkice o literaturze i wiersze. Był beniaminkiem Koła Młodych Związku Literatów. Jako genialny 16-latek zdawał po wojnie maturę.

 

Odpryski tamtej legendy młodego Bernsteina można znaleźć w często przytaczanych przy takich okazjach „Pięknych dwudziestoletnich". Marek Hłasko pisze tam, jak Bernstein opowiada mu powieści Dostojewskiego i Hemingway'a. A według innej anegdoty tu właśnie, na tym cmentarzu , gdzie teraz się znajdujemy, Bernstein z Hłaską szokowali młodego Himilsbacha, czytając mu wśród nagrobków na głos Biblię.
Kiedy to się wszystko zmieściło w biografii dwudziestolatka: praca robotnika u Cegielskiego, kopalnia zamiast służby wojskowej (stąd pewnie pomysł niezrealizowanego filmu Andrzeja Wajdy, do którego pan Edward miał pisać scenariusz - o klerykach odbywających praktykę robotniczą w kopalni). Do tego dziennikarstwo. I studia aktorskie, przerwane po roku. Dopiero później, ale wciąż przed trzydziestką, szkoła filmowa.
O te czasy już zahaczam własną pamięcią. Byłem licealistą, kiedy zobaczyłem etiudę Edwarda Bernsteina „Szkoła uczuć", 4-minutowy filmik, jeden z tych, co idą potem za nami przez całe życie - walka bokserska, odbita w twarzach kibiców, coraz bardziej rozpalonych, coraz bardziej dzikich, zwierzęcych. To tam urodził się wielki temat filmowy Edwarda Żebrowskiego: badanie granic człowieczeństwa.
W „Iluminacji" Krzysztofa Zanussiego Żebrowski gra lekarza psychiatrę, neurologa, w białym fartuchu szpitalnym. Własnymi słowami odpowiada na pytanie młodego Staszka Latałły: „powiedz mi, kiedy człowiek jeszcze jest człowiekiem?" Żebrowski mówi tym swoim charakterystycznym, ironicznym tonem, że jest człowiekiem, dopóki funkcjonuje ciało: „bo przecież nie da się oddzielić duszy od ciała, tak jakby ta dusza mogła wyfrunąć z ciała jak gołąbek."
Wydaje się, jakby ci dwaj, nieżyjący, nieobecni ciałem, wciąż o tym ze sobą rozmawiali. I teraz, kiedy o tym mówimy, wydaje się, że pan Edward tu z nami prowadzi dalej tę dyskusję. Pytania o duszę i ciało, a w konsekwencji - o wartość życia, o warunki poszanowania życia powrócą w jego przyszłych filmach. Życie dopiero szykowało mu dramatyczne tło, na którym te pytania miały zabłysnąć. Ale o tym za chwilę.
Chciałbym jeszcze przywołać kilka faktów, może mało znanych, z wczesnego, przedfilmowego życia Edwarda Bernsteina. Historia jego rodziny wygląda jak szkic do powieści z dziejów polskiej inteligencji, trochę jak z Marii Dąbrowskiej. Choć później, w jego filmach ta powieść przybierała inny kształt, bardziej biesowaty.
„Tor" Stanisława Różewicza, macierzysty zespół Edwarda Żebrowskiego był zespołem inteligenckim. Pan Edward w wywiadzie dla Gazety Wyborczej zrobił małą ankietę personalną, zlustrował swoich kolegów: „Przyjrzyjmy się ich biografiom - mówił - ojciec Bajona: adwokat; ojciec Marczewskiego - przedwojenny oficer; mój ojciec - oficer kawalerii; ojciec Antoniego Krauzego - zbankrutowany kapitalista. To musiało mieć wpływ."
A było tak, że Edward Bernstein po maturze nie mógł dostać się na studia ze względu na przeszłość swego ojca, Ludwika, w 1950 roku aresztowanego, szczęśliwie wkrótce zwolnionego. W czasie okupacji był dowódcą oddziału AK. Przedtem był ułanem, odznaczonym Virtuti Militari w wojnie polsko-bolszewickiej. Jako 18-latek wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej Piłsudskiego.
Jego pamiętniki zaczynają się od zdania: „Dzisiaj rozpocząłem 86 rok życia i wracam myślami do szczęśliwych lat mojego dzieciństwa i młodości, kiedy spełniły się marzenia i nadzieje naszych ojców i dziadów." Proszę zwrócić uwagę. Tak pisze ewangelik, polski patriota, z rodziny o korzeniach żydowskich. Różne aspekty polskości łączą się w życiorysie Ludwika Bernsteina, zwanego w rodzinie Lulu, pełnego energii i inteligencji.
Więc, skoro już cofnęliśmy się do historii ojca, zobaczmy w kalejdoskopowym skrócie wieś, gdzie zarządca, syn powstańca, szlachcic z sumiastymi wąsami zabiera małego Lulu w pole linijką, zaprzężoną w kasztankę. Potem jest Gimnazjum Reja. Potem szabla ułańska i służba Komendantowi. A wreszcie nowoczesne gospodarstwo rolne (i opublikowany traktat o uprawie kartofla). A do tego Europa w rodzinie. Podróże do Wiednia, Mediolanu, Paryża. I książki. Głośne czytanie w domu dzieciom, które wspomina dziś młodsza siostra Edwarda, pani Ewa. W 1930 Ludwik Bernstein poślubił Annę Żebrowską, pianistkę z zamiłowania, córkę znanego lekarza dra Żebrowskiego, specjalisty leczenia gruźlicy.
Czy to nie dziwne, że doświadczenie tamtego pokolenia - naznaczone tyloma wojnami - było tak jasne, optymistyczne? Doświadczenie syna - Edwarda Bernsteina - ciemne, naznaczone cierpieniem i chorobą. To, co mu się przydarzyło, nasuwa na myśl pewien rozdział z powieści „Czarodziejska Góra". Hans Castorp ma tam wizję pięknego, starożytnego świata i ludzi podobnych do bogów. Ale naraz ,zza tych klasycznych kolumn wyłania się świat inny, potworny, krwawy: świat wiedźm i ludożerców. To awers i rewers tego samego świata.
Edward Bernstein został w roku 1966 na wiele miesięcy uwięziony na skutek esbeckiej prowokacji. W więzieniu zapadł na chorobę, która miała już mu towarzyszyć do końca. I odtąd stale już wracał do szpitala, jak docent z filmu „Ocalenie". Doświadczenie choroby staje się tłem jego życia i twórczości. Choroby rozumianej nie tylko w sensie fizycznym, także moralnym, duchowym, społecznym. Świat jest chory. Ale nie prowadzi to do kapitulacji. Choroba wprowadza człowieka w samo centrum życia. Paradoksalnie, czasem ona dopiero uczy żyć.
Docent z filmu „Ocalenie" dopiero w szpitalu zaczyna dostrzegać drugiego człowieka. Odpędza księdza, ale czyta ewangelię, jako tekst literacki - ta największa literatura głęboko brzmi w wykonaniu Zbigniewa Zapasiewicza. Docent zastanawia się nad jej sensem niejako z wolnej stopy. Gra w szachy z umierającym i słyszy od niego taką myśl: gdyby tam, po drugiej stronie, coś było, to to życie byłoby nic nie warte. 'Pan wierzy?"' - pyta pacjent. „Nie" - odpowiada docent. „Pan ma wiedzę' - mówi tamten z uznaniem. „Nie - mówi docent - To nie jest żadna wiedza". „Boi się pan?" „Tak" - mówi docent łagodnie i w tym momencie staje się ludzki. Opada z niego maska bufona.
Dzięki takim twórcom, jak Edward Żebrowski kino polskie zaczęło rozmawiać ze mną serio, i to akurat w momencie, kiedy tego potrzebowałem, kiedy wchodziłem w życie. Tak się złożyło, że oglądałem wasze filmy, zanim przeczytałem „Czarodziejską górę", „Biesy",„Grę szklanych paciorków". Polskie kino jakby prowadziło mnie do tych książek. Filmowcy szli ileś kroków przed nami. Myślę, że lata 70. były wyjątkowo pomyślnym, wstępującym okresem naszej kultury, przerwanym przez stan wojenny. A może tylko tak mi się zdaje, bo ja wtedy żyłem? Edward Żebrowski był jedną z kluczowych, promieniujących postaci tamtego czasu.
Jego filmy wcale się nie zestarzały, przeciwnie, nabrały ostrości. Jest w nich zjadliwa ironia. W „Szpitalu Przemienienia", dziejącym się za okupacji, tuż przed wkroczeniem Niemców i wymordowaniem lekarzy i pacjentów, okazuje się, że epidemia faszyzmu szerzy się także wśród „naszych". Zarażony nią jest lekarz-rasista. Chory jest pisarz-narkoman, grany przez Gustawa Holoubka, który widzi ludzką kulturę jako „bezmierne pole łajna". Czy on także nie jest w pewnym sensie duchowym nazistą? Jedyne, co może zrobić bohater filmu, młody lekarz, w sytuacji ostatecznej, to próbować ratować drugiego człowieka, chorego psychicznie pacjenta, nawet jeżeli ten gest okaże się bezskuteczny, będzie jego ocaleniem.
„W biały dzień" - fantazja polityczna z początku XX wieku, osnuta wokół procesu Stanisława Brzozowskiego, oskarżonego przez rodaków, że był agentem ochrany - ten film to przestroga przed prowokacją, która nabrała nowej ostrości w czasach niedawnych rozliczeń z PRL-em. Choć rzecz dzieje się 100 lat temu, widać tam skumulowany obraz chorób, gnębiących zniewolony kraj, gdzie służalcy polują na domniemanych zdrajców, a ofiarą pada wybitna jednostka. „Pan z Polski?" - zapyta pisarz zamachowca, który stoi za nim z pistoletem i się waha...
Edward Żebrowski ukazuje kraj chory, ale jest w jego filmach coś, co pozwala widzowi spojrzeć na to wszystko z dystansem. On sam, żyjąc tu, miał w sobie przeciwciała, które go chroniły przed chorobą. Myślę, że mógłby powtórzyć za bohaterem „Czarodziejskiej góry", który otrząsnął się z krwawej wizji: „człowiek w imię dobroci i miłości nie powinien dać śmierci panować nad swoimi myślami".
Edward Żebrowski budził profesorski respekt. Trzeba było uważać na słowa, bo zawsze mógł zapytać: a dlaczego tak myślisz? Ale tak jak jego filmy mają w sobie błysk ironii, tak samo on nie miał nic z ponuraka. „Nie mówcie o nim wyłącznie z taką solenną powagą" - uprzedzała mnie znajoma, dobrze znająca pana Edwarda. Można z nim było rozmawiać o wszystkim: o książkach, o filozofii, o religii, a zarazem o rzeczach praktycznych. Uważnie słuchał, miał pamięć szczegółu, ciekawość ludzi.
Jego dawna studentka ze szkoły katowickiej opowiada mi, jak się go bali. Wszyscy czytali oczywiście Hłaskę, o tym, że Edward Bernstein kojarzy mu się z „Biesami". Kiedyś zdarzyło się, że studenci zabrali go do Warszawy nowym samochodem. Przez całą drogę mówili przy nim o kinie artystycznym, o Tarkowskim, Saurze. Żebrowski nie odezwał się ani słowem, tylko na koniec powiedział z uznaniem do chłopaka, który prowadził: no, niezła bryczka...
"Myślę, że dla mnie i dla moich kolegów - mówił w wywiadzie dla „Wyborczej" - film był najlepszym sposobem na przeżycie tamtego czasu. Mówi się często, że film jest metaforą życia. Otóż metaforą życia jest już sam proces powstawania filmu. Trzeba coś spełnić, od początku do końca, w czasie, który jest nam dany. Przez kilka miesięcy w roku przebywa się w świecie sztucznym, nie w świecie, który nas otacza, którego nie lubimy. Nasze filmy wyrywały nas z Peerelu na długie miesiące. Potem wracaliśmy, żeby bronić swojego filmu. I czym prędzej, kto tylko mógł, brał się za następny film."


Jak to dobrze, ze mogliśmy dorastać w tamtych latach. To była naprawdę świetna dekada. Myślę o latach 70.
Dziękuję, że mogłem tam być, uczestniczyć.
Dziękuję, że mogłem poznać Edwarda Żebrowskiego.

Tadeusz Sobolewski,
21 luty 2014

 

   
   
   
   
   
   
   
   
   
   
 
   
   
 

 

 

 Edward Bernstein - Żebrowski 1935 - 2014

scenarzysta, reżyser, nauczyciel

 

 

 

Fot. Stefan (Funio) Zubczewski

Poprawiony: sobota, 22 lutego 2014 15:33