Jestem Mazurem od pokoleń Drukuj Email
Wpisany przez Zofia Zubczewska   
piątek, 06 grudnia 2013 08:46

Jestem Mazurem od pokoleń

Dietmar Lange – wspomnienia

Urodziłem się w Ukcie koło Rucianego na Mazurach, która przed wojną leżała w prowincji Niemiec - Prusach Wschodnich. Z Ukty nigdy nie ruszyłem się na stałe. Moja matka, babka i prababka również pochodziły z Ukty. Ojciec urodził się pod Węgorzewem. Kim byliśmy przed 1945 rokiem? Niemcami? Polakami? Mazurami? – słyszę czasem to pytanie... Nazywam je odwiecznym dylematem...

Dietmar Lange opowiada...    

Moi przodkowie.

 
 W tym domu przy ul. Szkolnej urodził sie Pan Dietmar. Dzisiaj ten budynek jest wystawiany na sprzedaż przez kolejnego właściciela

Rodzina matki wywodzi się spod Rozóg. Mieszkali blisko granicy Prus Wschodnich z Polską. Granica ta była płynna i nieszczelna. Ludzie handlowali ze sobą, pracowali razem, bawili się, a jeśli się bawili to często kończyło się to... małżeństwem.
Rodzina ojca wywodzi się z Francji. Ustaliłem, że jego przodkowie byli hugenotami, czyli francuskimi protestantami. Musieli uciekać z Francji przed prześladowaniami religijnymi. Przedostali się do Austrii, a z niej do Polski, osiedlając się w końcu pod Węgorzewem. Nie pamiętam ojca ponieważ umarł nim skończyłem dwa lata. Z opowiadań matki wiem, że był krawcem, nie znał języka mazurskiego, mówił tzw. plattdeutsch. Jest to jeden z dialektów języka dolnoniemieckiego. Spokrewniony jest z niderlandzkim i niemieckim, a wywodzi się z języka starosaksońskiego. Plattdeutsch był prawdopodobnie językiem jakim mówiło się w rodzinnym domu mojego ojca. Oprócz tego języka znał oczywiście niemiecki, podobnie jak wszyscy Mazurzy.
Wychowałem się w otoczeniu kobiet z rodziny mojej matki. Mieszkały one w Ukcie, od wielu pokoleń, jak wspomniałem. Urodziłem się w domu babki. Dom ten ciągle stoi, choć już nie należy do naszej rodziny, gdyż sprzedałem go wiele lat temu.

   
 Jeden z Hoteli w Ukcie przed wojną tętnił życiem...  ...ten sam budynek dzisiaj. Wprawdzie odrestaurowana fasada (niedawno była niebieska), ale Hotelu tu nie ma, a  budynek jest nieużywany


Przed 1945 rokiem byliśmy Niemcami i koniec. W Polsce tak o nas mówiono. Pod koniec wojny w naszej okolicy ( powiaty mrągowski i piski) nie było obowiązkowych przesiedleń na zachód, w głąb Niemiec. (W styczniu 1945 roku władze hitlerowskie zarządziły ewakuację ludności niemieckiej zamieszkującej Pomorze i Prusy Wschodnie. Była to operacja o kryptonimie Hannibal. Gauleiter Prus, Erich Koch zbagatelizował tę operację, uważając, że Armia Czerwona nigdy nie dotrze tak daleko, dlatego też „Hannibal" nie wszędzie został przeprowadzony z „niemiecką" dokładnością, nas w każdym razie ominął). Po wojnie zatem, tylko tu i ówdzie mieszkała polska rodzina, a tak to wszyscy byliśmy miejscowi. Miejscowi czyli Mazurzy czyli Niemcy pochodzenia polskiego, a wyznania ewangelickiego. Brzmi to dosyć zagmatwanie, jak cała zresztą historia tych ziem. Do niedawna nie można było o niej otwarcie rozmawiać. Zresztą i dzisiaj nie każdy ma ochotę opowiadać o własnych przejściach i przejściach swoich bliskich. Rodzinne tragedie splatają się bowiem bardzo ściśle z polityką. Tak to już jest u nas...

 
 Przedwojenna pocztówka z Ukty. Widać tu budynek ówczesnej Apteki, a później Banku (lewy górny narożnik), budynek sklepu, świetlicy i kina zarazem (lewy dolny narożnik), Zajazd (w środku u góry) i nieistniejący most kolejowy.

Po drugiej wojnie światowej nowa, polska władza postawiła nas przed wyborem: mogliśmy zadeklarować, że jesteśmy Mazurami, czyli Polakami, podpisując specjalną listę i nadal mieszkać w swoich domach; lub takiej listy nie podpisać. W tym drugim przypadku dokwaterowano by nam osadników , czyli Polaków, którzy na „ziemiach odzyskanych" szukali dla siebie nowego miejsca do życia. Musielibyśmy mieszkać z obcymi ludźmi. Nie wiadomo na jakich trafilibyśmy, a przecież zdarzały się wśród nich osoby nastawione po prostu na rabunek. Lepiej więc było podpisać listę, aczkolwiek ci, którzy nie chcieli tego zrobić mieli jeszcze jedno wyjście – mogli wyjechać do Niemiec w ramach akcji łączenia rodzin. Moja babka podpisała listę. Zostaliśmy u siebie, zresztą nie mielibyśmy do kogo wyjechać (z kim się połączyć), gdyż w tamtym czasie nie mieliśmy żadnej rodziny w Niemczech.
Do babki domu w Ukcie (dosyć dużego) nigdy, nie dokwaterowano odgórnie lokatorów, owszem mieszkały z nami czasowo różne rodziny, ale byli to ludzie z naszych stron, którzy czekali na wyjazd na zachód.

Jak mnie wyzwoliła Armia Czerwona

 
 Dawniej była tu apteka i bank. Po wojnie internat, a na parterze posterunek milicji. Chyba najlepiej pilnowany internat w PRL. Dzisiaj są tu mieszkania. Można porównać ze zdjęciem powyżej.

W styczniu 1945 roku, gdy Armia Czerwona zbliżała się do Prus Wschodnich, władze hitlerowskie zarządziły ewakuację ludności niemieckiej w głąb Niemiec, była to operacja militarna o kryptonimie Hannibal (wspomniałem już o niej). Pewnego dnia otrzymaliśmy więc rozkaz, by w ciągu doby stawić się w Ukcie koło ośrodka zdrowia skąd miano nas ewakuować samochodami. Mogliśmy mieć przy sobie tylko małe tobołki. „Historia" nauczyła kobiety z naszych stron, by w sytuacjach nagłej i koniecznej ucieczki zabierać ze sobą muszkiebadę, szwebelki i salz czyli trzy płócienne woreczki wypełnione jeden cukrem, drugi zapałkami, a trzeci solą. Prócz tego mieliśmy trochę jedzenia i odzieży.
Samochody przyjechały, ale było w nich za mało miejsc. Ludzie tłoczyli się, szamotali... Nie wiadomo było co robić, w końcu matka wzięła mnie za rękę i pociągnęła w kierunku domu. Nasz dom był już jednak zajęty przez niemieckich żołnierzy, wtedy zjawiła się koleżanka mojej ciotki, powiedziała, że zaraz podjedzie samochodem wojskowym i zabierze nas do Probarku, do rodziny (18 km od Ukty w stronę Mrągowa). Tak się stało. W Probarku było już mnóstwo osób, panował ścisk, wszyscy chcieli uciekać na zachód ale nie było jak. Tłoczyli się po domach, kręcili niespokojnie, pamiętam wielki zamęt. Pamiętam też mróz - śnieg był tak zmrożony i wyślizgany, że aż granatowy.
I tam w Probarku Armia Czerwona „wyzwoliła mnie".

 
 Dzisiaj w tym budynku nadal są sklepy. W tzw. między czasie była tu sala taneczna - świetlica i stałe kino, a na piętrz internat.

Rosjanie spędzili nas do jednego domu. Zaczęło się obszukiwanie, zabieranie różnych rzeczy, przetrząsanie naszych pakunków, szukanie członków partii nazistowskiej... Trwało to kilka dni. Wreszcie zjawił się oficer z pięknymi, złotymi zębami w górnej szczęce. Pamiętam go bardzo wyraźnie – jego zęby zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Oficer wskazał dwóch mężczyzn i kazał im iść ze sobą. Pomyśleliśmy, że ich zastrzeli oni tymczasem wrócili niosąc pół świniaka – podarunek dla nas, żebyśmy nie głodowali. Oficer mówił dobrze po niemiecku, powiedział, że odchodzi teraz z żołnierzami „na Berlin" lecz po nich przyjdą maruderzy i szabrownicy, powinniśmy uważać, bo z tymi będziemy mieli dużo gorzej niż z frontowcami. I mieliśmy gorzej...
Po paru dniach odeszliśmy z Probarka. Przez Jakubowo wróciliśmy do domu, do Ukty. Po drodze obrabowano nas z żałosnych resztek, jakie jeszcze mieliśmy przy sobie – zrobił to, niestety, mieszkaniec Ukty. Byliśmy łatwym łupem – trzy kobiety (babka, matka i ciotka), ciągnące małe saneczki i dziecko. W Ukcie byli już oczywiście Rosjanie. (W powiecie piskiem większość ich komendantur wojennych zlikwidowano dopiero jesienią 1945 roku). Czerwonoarmiści plądrowali strasznie, niszczyli... Byliśmy dla nich Niemcami, pierwszymi na których można się było odegrać.

 
 Przed wojną w tym budynku mieszkał rzeźnik i mieścił się sklep z mięsem, a na zapleczu była masarnia i ubojnia. Po wojnie był tu zajazd "Jagodzin", a sklep mięsny pozostał w widocznej przybudówce - dzisiaj go nie ma.

Pierwszych dwóch mężczyzn, których napotkali w Ukcie z miejsca zastrzelili. Przyjęliśmy na siebie całą ich złość. Byliśmy pierwszą prowincją niemiecką, do której wkroczyła Armia Czerwona, obrywaliśmy za to strasznie. Wcześniej Armia szła przez ziemie polskie okupowane przez hitlerowców. U nas nie było okupacji. Panował spokój, nie było bombardowań. Przyjeżdżali do nas ludzie z Niemiec, aby odpocząć w ciszy. Prowadziliśmy normalne życie, naznaczone oczywiście wojną. Mężczyźni byli w wojsku, walczyli w różnych krajach, słyszało się, że tu ówdzie któryś zginął. Mój ojciec w 1943 roku został wezwany na szkolenie wojskowe do Mrągowa. Zachorował tam na zapalenie płuc i umarł. Matka została sama, żyliśmy dalej...
Nie wiedzieliśmy co Rosjanie z nami zrobią – zostawią w domach, wyrzucą... Mogli wszystko zabrać, każdego zabić. Dopiero później, gdy Armia Czerwona opuszczała nasze tereny, dowództwo wydało rozkazy zabraniające sowieckim żołnierzom rabowania i znęcania się nad ludnością cywilną. Niemcy zatem nie ucierpieli od nich, tak dotkliwie jak my... Mały byłem, niewiele z tego rozumiałem. Wiem jednak, że mężczyźni starli się nie wchodzić Rosjanom w drogę, dziewczyny miały dużo gorzej, nawet w domach nie były bezpieczne przed gwałtami.

Przeżyłem selekcję w Piszu

 
 Stara widokówka z Ukty. Kościół istnieje, rzeka Krutynia również. Mostu kolejowego już nie ma, a widoczna tkalnia (prawy dolny róg) która po wojnie jeszcze funkcjonowała dzisiaj jest w rękach prywatnych i popada w ruinę niestety.

Któregoś dnia pod koniec lutego, a może już w marcu 1945 roku do naszych drzwi załomotali czerwonoarmiści. Wypędzili nas z domów i pognali w stronę Pisza. Podobną akcję przeprowadzili we wszystkich domach w Ukcie, a także w Gałkowie, Wojnowie, Osiniaku i innych wioskach. Szliśmy na piechotę całą gromadą, nie wiedzieliśmy co z nami zrobią... gdzieś nocowaliśmy po drodze, chyba w Snopkach, a może w Śwignajnie... W Piszu zgonili nas w jedno miejsce i odbyła się selekcja – młode osoby zabrano i wywieziono do obozów pracy w głąb Rosji. Tak właśnie zabrali do niewoli moją ciotkę.
Radzieckie obozy pracy zatrudniające jeńców powstawały po wojnie naprawdę daleko, słyszałem, że w okolicach Astrachania, a także Baku. Ich dowódcami byli oficerowie frontowi, którzy wrócili spod Berlina, dla nich to też była zsyłka. Władza radziecka nie chciała bowiem, aby żyli wśród zwyczajnych ludzi, za dużo przecież widzieli, mogli opowiadać o pięknych domach, strojach, samochodach i innych dobrach powszechnie dostępnych na zachodzie. W Rosji takich dóbr nie było. Zwyczajni ludzie mogliby więc ich zapragnąć, mogliby pomyśleć, że od życia należy im się coś więcej, niż tylko pół litra i walonki. Lepiej więc było takich oficerów zesłać na koniec świata, oczywiście w nagrodę za zasługi wojenne. Oficerowie mieszkali przy obozie razem ze swoimi rodzinami, a moja ciotka była dobrą krawcową, co się dosyć szybko wydało, gdyż w każdym obozie była izba krawiecka. Ciotka obszywała żony i córki oficerów. Z obrusów i firanek przywiezionych z zachodu jako łup wojenny szyła dla nich piękne sukienki.

 
 Dawniej świetnie prosperująca tkalnia, dzisiaj w stanie kompletnej ruiny

Dosyć szybko udało jej się uzyskać zwolnienie z tej niewoli, bo już w 1948 roku, ale to nie był koniec jej tułaczki, odstawiono ją bowiem nie do domu (tak jak deklarowała) lecz do NRD. Dlaczego? Dlatego, że jeśli jeniec wojenny (najczęściej żołnierz Wehrmachtu) wywodzący się z naszych stron deklarował, że chce wracać do domu, to jako Niemiec odsyłany był za Odrę, w głąb terytorium niemieckiego. Nie mógł wrócić do Prus Wschodnich (nazywanych już zresztą Mazurami), gdyż po wojnie weszły one w skład państwa polskiego. Ci, którzy wracali z ZSRR, trafiali do strefy okupowanej przez Rosjan (czyli na terytorium późniejszego NRD). Pozostali (jeńcy francuscy, angielscy itd.) lądowali w alianckich strefach okupacyjnych (późniejszym RFN). Jeniec - Mazur nie mógł więc z niewoli wrócić do siebie. Odstawiany był do Niemiec i dopiero stamtąd starał się (lub nie) o powrót do domu. Taką drogę – dziwaczną według mnie - przeszła nie jedna osoba, wśród nich moja ciotka

Czego mi żal po dawnej Ukcie

 
 Szkoła podstawowa w Ukcie. Była również przed wojną. Budynek jest starszy niż kościół.

Ukcie udało się wyjść z wojny bez zniszczeń. Powiem tak: po 1945 roku z mojej miejscowości zniknęło więcej domów niż w czasie działań wojennych, choć na naszej ulicy Szkolnej nic nie zostało spalone.
Powiem czego mi żal najbardziej, a co zniknęło już po wojnie; po pierwsze przy moście na Krutyni była remiza strażacka, a przy niej wysoka drewniana wieża – wizytówka Ukty. Była ona stopniowo rozbierana. Pan Cezary Kubacki (dzisiaj właściciel hotelu „Galindia", a wówczas miejscowy lekarz) próbował zatrzymać ten proces, lecz nie udało się. Wieża znikała. Rozebrano wiele małych drewnianych domów, prawdziwie mazurskich. Może kilka ocalało w Nowej Ukcie. Były bardzo zgrabne, miały ganeczki, otaczały je kolorowe, wypielęgnowane ogródki. Wspominam je z rozczuleniem. Nad rzeką mieliśmy tkalnię – został po niej tylko budynek, który niszczeje. Byliśmy miejscowością, którą nierzadko nazywano miasteczkiem, choć nigdy nie posiadała praw miejskich. Ewenementem na skalę województwa było to, że mieliśmy internat dla dzieci ze szkoły podstawowej. Ukta stanowiła centrum administracyjne, była też sypialnią dla pracowników zatrudnionych w Fabryce Płyt Wiórowych w Nidzie (fabryka ruszyła w 1949 roku). Z czasem straciła obie te funkcje. Administracja przeniosła się do Rucianego, a pracownicy fabryki zamieszkali w Nidzie w nowo wybudowanych blokach. Ukta nie może się odnaleźć w tej nowej dla siebie sytuacji...

Ja i szkoła w Ukcie

 
 To od niedawna drugi budynek szkolny. Dawniej mieszkał tu urzędnik stanu cywilnego i była rozlewnia piwa.

Budynek szkolny w Ukcie jest starszy niż kościół, pierwotnie ewangelicki, dzisiaj katolicki. Za czasów niemieckich były w niej cztery sale lekcyjne i dwa mieszkania dla nauczycieli. Babka opowiadała mi, że nauka trwała osiem lat, co oznaczało, że uczeń przez osiem lat musiał uczęszczać do szkoły, lecz nie musiał zaliczyć wszystkich klas. W jednej klasie mógł siedzieć wielokrotnie i zakończyć edukację na poziomie klasy czwartej, na przykład. Jednak ci, którzy się uczyli otrzymywali rzetelne wykształcenie. Jestem przekonany, że nasz dzisiejszy gimnazjalista miałby duże kłopoty, gdyby chciał dorównać mojej babce w wiedzy z historii, matematyki, biologii, a zwłaszcza geografii. Potem jeśli gdzieś wyjechałem, jeśli skądś wracałem babka wypytywała mnie o nazwy, rozkładała atlas i mapy, aby prześledzić moją marszrutę.
Babka, matka, ja i mój syn wszyscy uczyliśmy się w tej szkole. Po latach wróciłem do niej jako nauczyciel (w 1963 roku), a potem nawet dyrektor. W niej poznałem swoja żonę, Annę. Przyjechała do nas spod Świętej Lipki jako nauczycielka.
Od dziecka mówiłem po niemiecku. Polskiego zacząłem uczyć się w szkole jako języka obcego. W latach powojennych było więc tak; w szkole na przerwach, podczas zabaw na podwórku mówiliśmy po niemiecku. Jeśli zjawiał się wśród nas chłopiec z Polski, to musiał nauczyć się niemieckiego, inaczej nie mógł się z nami bawić. W mojej siódmej klasie było 12 chłopców, a wśród nich tylko jeden autentyczny Polak i on od nas nauczył się niemieckiego, z nami rozmawiał w tym języku.

 
 Kośció w Ukcie. Dawniej ewangielicki dziś katolicki.

Na lekcjach obowiązywał jednak język polski, był on odgórnie wprowadzany, proces ten nazywał się polonizacją Mazurów. I tutaj pojawił sie problem, gdyż nauczyciele z naszych stron nie znali polskiego. Karol Małłek założył więc Mazurski Uniwersytet Ludowy w Rudziskach Pasymskich. Kształciły się w nim (między innymi) uczennice starszych klas gimnazjów i jako nauczycielki władające dwoma językami (niemieckim oraz polskim) pracowały potem w szkołach. Bywało więc tak: siedzę w ławce i rozmawiam po niemiecku z kolegą, aż tu nauczycielka wywołuje mnie do odpowiedzi. Zrywam się, wstaję odpowiadam po polsku, siadam i znów mówię do kolegi po niemiecku. Nauczyciele to słyszeli, nie robili z tego problemu. Zachowywali się bardzo mądrze.
Powiem jeszcze jak było w kościele. Pastorzy, podobnie jak nauczyciele, musieli brać udział w akcji polonizacyjnej. Odmawiali więc „Ojcze nasz" po polsku a my, jeszcze nie spolonizowani, tę samą modlitwę mówiliśmy po niemiecku. Na naszych nabożeństwach dużo śpiewa się ze śpiewników. Pastor odprawiał nabożeństwo po polsku, ale my śpiewaliśmy po niemiecku, gdyż mieliśmy tylko niemieckie śpiewniki. Taka sytuacja trwała aż do lat pięćdziesiątych, do czasu gdy wydrukowano dla nas śpiewniki po polsku.

 
Stara pocztówka z Ukty.  Kościół, rzeka Krutynia (kwitła tu gospodarka rybna) i widok na most drogowy w Ukcie

Należę do pierwszego rocznika, który zaczął naukę w szkole w Ukcie normalnie, czyli w wieku siedmiu lat poszedł do pierwszej klasy (był to rok 1947 ), zdawał co roku i ukończył podstawówkę jako czternastolatek, w siódmej klasie. W starszych rocznikach różnie bywało, ponieważ u nas do 1945 roku trwała normalna nauka, nie tak jak w Polsce okupowanej przez hitlerowców. Tam nie wszystkie dzieci mogły uczyć się, gdy więc przyjeżdżały na „ziemie odzyskane" to do pierwszej klasy trafiały w wieku 9 -10 i więcej lat. Obok siebie w ławkach uczyły się więc czytać i pisać maluchy oraz podrośnięci kawalerowie. Były to naprawdę ciekawe czasy. Im jestem starszy, tym wyraźniej to widzę.
Po wojnie mieliśmy w szkole kółko hafciarskie, dostępne dla wszystkich, nie tylko dla uczniów. Podobnie było z kursami języka polskiego. Nauka odbywała się przy lampach naftowych, gdyż prąd doprowadzono do nas dopiero w 1958 roku. Mieliśmy zespół folklorystyczny, który wystawił „Wesele mazurskie" Karola Małłka. Uczniowie występowali w pięknych strojach uszytych z samodziału. Wyjechali nawet do Warszawy i grali przed samym Bolesławem Bierutem, pierwszym prezydentem PRL. No i mieliśmy internat - ewenement na skalę województwa. Mieszkały w nim dzieci od 5 do 7, a po reformie oświaty - 8 klasy. Początkowo internat mieścił się w tym budynku, gdzie dzisiaj jest sklep spożywczy GS. Zajmował piętro. Potem przewędrował w stronę ośrodka zdrowia, do dużego, ładnego domu z balkonem, w którym przed wojną był bank. Starsi uczniowie (od klasy piątej) mieszkali w internacie od poniedziałku do soboty. W sobotę (były pracujące) przychodzili na lekcje już spakowani i kombinowali jakby tu się urwać do domu, bardzo tęsknili za rodzicami. Lekcje kończyły się o wpół do pierwszej i natychmiast po nich dzieciaki wyruszały do swoich wiosek.

 
 Przed wojną i zaraz po niej mieścił sie tu sklep tekstylny

Szły piechotą – co dzisiaj wydaje się niewiarygodne. Nie czekali na pekaesy (autobusy), nawet gdy już zaczęły kursować. Woleli iść, byle szybciej do domu, czasem więcej niż 20 km. Szli do Iznoty, Starych Sadów, do Rosochy, Krutyni, Zgonu, bliżej mieli do Gałkowa czy Wojnowa. Internat został zlikwidowany po reformie administracyjnej państwa. Ukta znalazła się wtedy w województwie suwalskim, więc młodzież która mieszkała na przykład w Starych Sadach, Bobrówku, Wierzbowie przeszła do województwa olsztyńskiego, nie podlegała już naszej szkole.
Po ukończeniu szkoły w Ukcie wyjechałem do Liceum Pedagogicznego do Mrągowa. Zawdzięczam to mojemu wychowawcy, a późniejszemu dyrektorowi szkoły, panu Stanisławowi Siwikowi. Wysłał do Mrągowa pięć osób z mojej klasy. Troje z nas ukończyło liceum, wśród nich ja. W Mrągowie w Liceum, także na obozach żeglarskich mówiłem już tylko po polsku. Wśród moich kolegów było wielu, którzy przyjechali spod Kolna, Myszyńca, czyli z Polski. Mój kontakt z kolegami niemieckojęzycznymi rozluźniał się.

 

 
 Tu przed wojną mieszkał lekarz i miał w przydomowym gabinecie aparat Rentgenowski. W Ukcie naprawdę było wszystko co do życia potrzebne.

Widziałem jak Mazurzy wyjeżdżają

Im byłem starszy, tym mniej wokół mnie było Mazurów. W liceum w Mrągowie było nas bardzo mało, jeszcze mniej w Przemyślu, gdzie byłem w wojsku. Ciągle trwały wyjazdy do Niemiec w ramach akcji łączenia rodzin. Wyjeżdżali podobnie jak dzisiaj młodzież wyjeżdża, w poszukiwaniu lepszego życia. Mazurów ubywało i ubywało aż zostałem sam - moja rodzina jest jedyną w Ukcie rodziną wywodzącą się z miejscowych ewangelików. Nadszedł rok 1970, pierwszym sekretarzem PZPR po Władysławie Gomółce został Edward Gierek. Gierek podpisał z NRF porozumienie ułatwiające emigracje na zachód. Ci zaś którzy wyjeżdżali natychmiast otrzymywali w NRF obywatelstwo niemieckie. Wtedy to Mazurzy emigrowali masowo.
Ci, którzy wyjechali od nas do Niemiec niezbyt chętnie opowiadają o swoim nowym życiu – takie są moje obserwacje. Wyjeżdżali bogaci gospodarze. Zabierali całe wagony bydła i innych dóbr, które mogli spieniężyć w Niemczech. Nikt nie stawiał im ograniczeń. A tam szli do pracy w fabrykach, przy taśmach. Jestem przekonany, że było im bardzo trudno. Teraz słyszymy o nieporozumieniach związanych z majątkiem, jaki Mazurzy zostawili w Polsce. Niektórzy z nich próbują ten majątek odzyskać. Ale ja pamiętam jak to było i wiem, że winę za te nieporozumienia ponosi rząd Polski.

 
 Tak widzą dzisiaj Uktę kajakarze od strony rzeki Krutyni.

Na czym polega problem? Owszem Mazur wyjeżdżał, klucz zostawiał w urzędzie, dostawał paszport w jedną stronę, zgodę na zabranie całego mienia, niczego nie podpisywał. Po kilku dniach już ktoś następny dostawał mieszkanie po nim, ale zapisy w hipotece, w księgach wieczystych nie były porządkowane. W czasach PRL stan taki mógł trwać, znajdowaliśmy się bowiem w innym systemie polityczno - prawnym, ale po przemianach, gdy dołączyliśmy do krajów zachodniej Europy należało to jak najszybciej uregulować. To był obowiązek Państwa Polskiego. Osobiście nie zetknąłem się z tego rodzaju problemami, choć mieszkam teraz w domu „po Mazurach". Kupiłem go całkowicie legalnie, posiadam wszelkie stosowne dokumenty. Przed nami w domu tym mieszkała duża rodzina. Ojciec i najstarszy syn zginęli na wojnie. Prócz nich były jeszcze cztery dziewczyny i czterech chłopaków, którzy wyemigrowali, więc dom sprzedali. Po przemianach zaczęli odwiedzać Polskę, wstępowali do nas, oglądali stare kąty, niektórzy nawet po kilka razy – to jest w porządku, nikt nie ma pretensji, ale też nie ma zaniedbań prawnych dotyczących prawa własności do tego domu. Dla wszystkich jest jasne, że teraz my jesteśmy właścicielami, a oni mieszkają gdzie indziej.

     
 Dzisiaj jest tu ośrodek zdrowia NFZ  Tu było przedszkole, przy ul.Szkolnej  Zachowane oryginalne drzwi do dawnej "Lekarzówki"
     
 Widok na budynek dawnego rzeźnika, później zajazdu Jagodzin  Tu przed wojną i zaraz po niej była straż pożarna i tymczasowy areszt. Później knajpa "Gmbdu", a obecnie nieczynna (nie wiedziec dlaczego) Karczma Zacisze  Tu mieszkał krawiec, przy ul. Szkolnej

 

 

Spisała: Zofia Zubczewska
Zdjęcia: Stefan Zubczewski


Poprawiony: czwartek, 26 grudnia 2013 20:21