Przepłynęliśmy Langwedocję Drukuj Email
Wpisany przez Babcia Polka   
niedziela, 09 sierpnia 2009 09:54
Przepłynęliśmy Langwedocję

Trzy lata temu wybraliśmy się w rejs po Kanale Południowym, który jest najbardziej znanym szlakiem spływów barkami w Europie. Kanał Du Midi przecina Południową Francję z zachodu na wschód. Wycieczka ta tak nam się spodobała, że postanowiliśmy ją powtórzyć w tym roku, ale nie dosłownie.


altNa spływ wybraliśmy rzekę. Była to Baise, która wpada do Kanału Du Midi niedaleko Tuluzy. Pobyt na barce poprzedziliśmy zwiedzaniem Carcassonne, a zakończyliśmy dniem spędzonym w Tuluzie. Wyglądało to tak: z Warszawy w piątek, 12 czerwca dotarliśmy samolotem do Tuluzy ( przesiadka w Monachium)  stąd pociągiem do Carcassonne. Całe popołudnie i ranek następnego dnia (sobota) przeznaczyliśmy na zwiedzanie. W południe pociągiem pojechaliśmy do Agen, gdzie czekała na nas barka. Pływaliśmy przez 6 dni. W kolejną sobotę (20 czerwca) opuściliśmy barkę. Pociągiem pojechaliśmy do Tuluzy. W niedzielę o 14 godzinie autobus linii lotniczych zawiózł nas na lotnisko, no a stąd samolot ( z przesiadką w Monachium) do domu. Ufffff….



altW górę rzeki Baise
Barką wyruszyliśmy z portu  Agen. Popłynęliśmy na zachód kanałem, który w miejscowości Buzet-sur-Baise wpada do rzeki Baise. Rzeka poprowadziła nas na południe, w wiejskie okolice, oddalone od uczęszczanych tras turystycznych, naszym celem było miasto Condom. Dotarliśmy do niego we wtorek. Od środy zaczęliśmy powrót do Agen.
W ciągu sześciu dni przepłynęliśmy około 300 km. Baise wiła się malowniczo wśród pól najbardziej urodzajnych we Francji. Pachniało dojrzałym zbożem i dzikimi różami. Pięły się one po drzewach i krzakach, a ich białe kwiaty odbijały się w wodzie.  Na brzegach w gęstych zaroślach śpiewały kosy oraz drozdy. Od czasu do czasu rzeka prawie ginęła pod parasolem bujnych gałęzi zwisających nad jej nurtem. Gałęzie szorowały po pokładzie barki, zamiatały po naszych głowach i kieliszkach.
Z poprzednich naszych podróży pamiętaliśmy, że we Francji nie łatwo jest zrobić zakupy. Sklepów jest bardzo mało, w dodatku mają przerwę  w południe, w sobotę pracują krótko, a w niedzielę wcale. Toteż zabraliśmy ze sobą zapasy z których robiliśmy sobie posiłki przez pierwsze dwie doby.
 
Na barce
Barka jest pływającym domem, w którym się śpi i gotuje. I to jest jeden z wielu jej uroków – podróżujesz sobie, a całe twoje gospodarstwo jedzie z tobą. Nasza miała trzy sypialnie każda z dwuosobowym łożem i łazienką, wspólną kuchnię (z lodówką i kuchenką gazową) salon (a właściwie messę) oraz sterówkę.
altNad messą był pokład z fotelami i stołami oraz druga sterówka. Do prowadzenia barki nie potrzebne są żadne uprawnienia, wystarczy kilkuminutowy instruktaż udzielany w porcie. Przed rejsem barka jest tankowana do pełna. Po zakończeniu podróży płaci się za zużyte paliwo.  Ponadto ma zbiorniki na wodę, którą trzeba w trakcie rejsu uzupełniać.
Pierwszą przeszkodą jaką napotyka się podczas rejsu jest zwykle pierwsza śluza. Te na rzece Baise były dosyć wąskie i krótkie. Mieściły się w nich najwyżej dwie barki. Za to były urocze, gdyż zazwyczaj znajdowały się obok starego, nieczynnego już młyna.  Te młyny, zamieszkałe dzisiaj już tylko przez gołębie, wyglądały nadzwyczaj romantycznie.
Barką płynie się z prędkością około 5 km/h i tylko w dzień (takie są przepisy). Jednak planując codzienną marszrutę trzeba brać pod uwagę śluzy. Po pierwsze pokonanie ich zajmuje od 15 do 30 minut, po drugie są czynne od 9 do 18. Jeśli więc źle obliczy się czas rejsu, lub na przykład trafi na awarię śluzy,  to można utknąć na pustkowiu. Dlatego lepiej mieć zawsze zapas wody w zbiornikach i pełną lodówkę, a do jedzonka jakieś winko. Nam smakowało miejscowe wino, które najpierw kupowaliśmy w butelkach, a potem, gdy już dobrze zapoznaliśmy się z nim, w kartonach z poręcznym kranikiem.

Zagadkowe miasta
W prowincjonalnych miastach Francji prawie nie widać upływu czasu. Domy stoją tak, jak je wzniesiono w XVI i wcześniejszych wiekach.
altW mieście Condom widzieliśmy całą, ogromną dzielnicę zabudowaną kamieniczkami starszymi niż nasze ocalałe w Krakowie czy zrekonstruowane w Warszawie. Wyglądały na opuszczone. Chyba nikt nie chce mieszkać w średniowiecznych, niewygodnych domach. Późnym wieczorem chodziliśmy po całkiem pustych, cichych ulicach i przyglądaliśmy się ciemnym oknom.  Całe szeregi pięknych, zabytkowych i niekochanych kamieniczek sprawiało bardzo dziwne wrażenie, trochę nierzeczywiste.  Wszędzie przecież na południu Europy na starych miastach w letnie wieczory jest gwarno i tłoczno. Wszędzie, ale nie w Langwedocji, za to tu są nie tylko stare miasta, ale całe zabytkowe miejscowości. Idziemy na przykład na spacer po małej mieścinie Vianne. Okazuje się, że założona została w 1284 roku w obrębie murów obronnych, które stoją do dzisiaj. Na ryneczek z czterech stron świata prowadzą cztery bramy, a każda niczym nasza jedyna Brama Floriańska w Krakowie. Całości dopełnia kościół z XII wieku, wyglądający tak, jakby nikt nigdy niczego w nim nie przerabiał oraz (niestety) remontował.  
Urzekło nas Nerac, uznaliśmy je za najpiękniejsze na naszej trasie.  Oczywiście stare. Papież Urban II ustanowił w nim parafię już w 1096 roku.  Zachował się zamek króla Henryka IV, który tu właśnie miał swoje rodowe włości i uwodził okoliczne dziewczęta, wiele starych kościołów i całe dzielnice kamieniczek. Jednak te, w przeciwieństwie do widzianych w Condomie, były wypieszczone, wyremontowane i ozdobione. Po prostu śliczne.
Czemu w Nerac ludzie mieszkają w starych domach, a w Condomie nie? Nie odgadliśmy.
W Nerac spędziliśmy noc. Miasto rozsiadło się na zboczach doliny schodzących do rzeki. Ponad dachami najwyżej położonych domów widać było las, wyznaczający wyraźną granicę miasta. Siedzieliśmy na pokładzie barki w ciepłą noc niczym w amfiteatrze. Patrzyliśmy jak wokół nas, co raz wyżej  na ulicach i w oknach domów zapalają się światła, tworząc iluminacje przeznaczoną jakby specjalnie dla nas.

Carcassonne i Tuluza
altCarcassonne to miasto, które powinno się zobaczyć, które lepiej wygląda w opisach i na zdjęciach niż w rzeczywistości. Jest ono największą i najbardziej imponującą średniowieczną twierdzą w Europie. Zasłynęło jako ostatni bastion katarów, uznanych przez papieży za heretyków. Katarzy to były grupy religijne przybyłe do Europy Zachodniej z Bałkanów. Sprzeciwiały się one hierarchom kościoła katolickiego i dogmatom religii katolickiej. Katarzy zostali bezlitośnie wytępieni, lecz Carcassonne pozostało nietknięte, a nawet rozbudowane  w XIII wieku przez Filipa Śmiałego, jako zapora przed inwazją hiszpańską.  Dzisiaj możemy oglądać kompletne, średniowieczne miasto, co samo w sobie jest niezwykłe. Nowe miasto powstałe poniżej murów obronnych za rzeką nie robi dobrego wrażenia.  altA przecież nie powinno tak być, bo Carcassonne to miejsce licznych wypraw turystycznych, powinno zatem błyszczeć i tętnić wieczornym życiem. Nie błyszczy i nie tętni. Wszyscy po obiedzie zjadanym około 20 zamykają się w domach. W sobotę rano ludzi widzi się właściwie tylko na targach. Jednym „europejskim”, na którym można było kupić wszelkie produkty spożywcze (łącznie z żywymi kurami oraz ślimakami) i drugim „arabskim” z orientalnymi ciuchami.
A jak było w Tuluzie? Bardziej gwarno. Miasto to pod względem liczby studentów zajmuje we Francji drugie miejsce po Paryżu. Młodzieży jest więc pełno i mnóstwo zabytków; począwszy od przeuroczych kamieniczek na starym mieście wybudowanych z różowych cegieł, a skończywszy na monumentalnych kościołach. altNa Tuluzę trzeba mieć na pewno więcej czasu niż dzień, aby docenić jej urok. Tutaj też udałoby się kupić jakieś pamiątki, gdyż wcześniej na nic takiego nie trafiliśmy. Niestety, w niedzielę się nie handluje. Dla turystów nie robi się wyjątków. Mogliśmy zatem tylko przez szybę oglądać fajans oraz serwetki ozdobione fiołkami, stanowiącymi symbol Tuluzy. Wróciliśmy więc do Warszawy bez pamiątek. I może dobrze się stało. Bo większość pamiątek wygląda fajnie tylko wtedy, gdy się je kupuje. Po przywiezieniu do domu nie wiadomo co z nimi zrobić.

Wady i zalety rejsów barką
●Najwięcej zachodu i czasu zajmuje dojazd do portu z barkami. Samochodem na południe Francji trzeba jechać przynajmniej dwa dni. Samolotem podróż trwa krócej, ale kosztuje tyle, co tygodniowy pobyt na barce. Oczywiście można barką pływać bliżej francusko-niemieckiej granicy np. po Alzacji a nawet w Niemczech po okolicach Berlina. Jednak Południe Francji ma w sobie niezwykły urok, który odczuwalny jest właśnie na prowincji.
alt●Drogi i autostrady prowadzą samochody przez miasta. Tylko kanały i rzeki biegną wśród pól oraz pastwisk. Dociera się nimi do miejsc nie widocznych z okien auta. Ogląda się naprawdę starą Europę. Widzi się dosłownie jak dawniej ludzie żyli, po jakich chodzili ulicach oraz mostach, w jakich modlili się kościołach i jakie mury chroniły ich przed wrogami. Nam ponadto podobało się, że wszystkie te miejsca nie są „odpicowane” dla turystów. Są takie, jakie je przed wiekami wybudowano i jak je czas spatynował.
● Barką pokonuje się niewielki dystans, ale w komfortowych warunkach, gdyż podróżuje się we własnym pokoju (czyli kabinie), można gotować sobie ulubione potrawy, podróż przebiega absolutnie bezstresowo. Właśnie to, że płynie się tak wolno jest niezwykłe i ogromnie relaksujące, bo przecież stale się gdzieś spieszymy.

Zakupy i restauracje
alt●Nie smakowało nam francuskie jedzenie. Może gdybyśmy poszli do drogiej restauracji dostalibyśmy sałaty z pysznymi francuskimi sosami, czy mięsa duszone w winie, aromatyczne i rozpływające się w ustach. Jedliśmy w lokalach gdzie jednodaniowy obiad z winem kosztował 10 do 12 euro i nie był smaczny. Generalnie nie polecamy wołowiny, lepiej Francuzom wychodzi królik i dania z drobiu (jeśli są dopieczone). Najsmaczniejszy posiłek zjedliśmy w Tuluzie „u chińczyka”.
●Ceny w sklepach spożywczych widzimy  mniej więcej takie, jak w polskich z tym, że w Polsce płacimy złotówkami a tam euro. Jadąc samochodem można zabrać spory zapas jedzenia, co sprawi, że pobyt będzie tańszy. Francja jednak nie jest tak droga, jak się u nas mówi. Za hotele, przejazdy i posiłki płaciliśmy mniej więcej tyle, ile rok wcześniej w Irlandii.

Koszty (w euro)
Wynajęcie barki na 6 dni – ok. 2400 (400 za osobę)
Przelot do Tuluzy i z powrotem do Warszawy – 3600,-zł za dwie osoby
Doba w dwuosobowym pokoju w hotelu dwugwiazdkowym – 30
Piwo w sklepie 0,5 l – 1,09
Parówki w Lidlu w Tuluzie (8 sztuk) – 2,49
Kilo schabu karkowego – 13,00
Dobry pasztet 10/kg. Tańsze są bardzo tłuste, droższe bardzo wyrafinowane, nie zawsze dla nas smaczne.
Kebab – 5,00
Jedno jajko – 0,30
Armagnac dziesięcioletni – 22,00
Dobre wino za butelkę – od 2
 
Gdzie wynająć barkę?

W Warszawie w firmie Punt www.punt.pl tel. (22)4468380
lub bezpośrednio u armatora www.locaboat.com


Tekst. Zofia Zubczewska
Zdjęcia. Stefan Zubczewski