Barką przez Holandię Drukuj Email
Wpisany przez Zofia i Stefan Zubczewscy   
poniedziałek, 16 września 2013 09:17

Barką przez Holandię

Pływa się kanałami i rzekami wzdłuż niekończących się szeregów domów z rzadka przedzielonych pastwiskami. Co chwila mija się Holendrów, którzy siedzą w wygodnych fotelach w swoich wypielonych ogródkach, przed swoimi wychuchanymi domami i z błogą miną patrzą na wodę, którą ich przodkowie skanalizowali. Różne barki i łodzie przepływają im prawie po talerzach, a oni są z tego zadowoleni.

 Nasza załoga, nasza barka, przez tydzień - nasz dom


O Holandii pisze się, że to kraj wydarty morzu i widać to bardzo wyraźnie, gdy płynie się barką, gdy z bliska dostrzega się umocnienia brzegów, różne faszyny, głazy, słupy wbijane w bagnisty grunt, czyli to wszystko co trzyma ziemię przed zsunięciem się do wody. W przeszłości kanały powstawały wcześniej niż drogi, gdyż kopiąc je ludzie osuszali kolejne fragmenty zatok Morza Północnego. Na osuszonym lądzie stawiali chałupy i nie chodzili do siebie w odwiedziny na piechotę, lecz pływali łódkami (fot. z prawej - typowy domek, przed nim łódka, na tyłach garaż i samochód, a wszystko to wzmocnione palami aby się nie zsunęło do wody) - tak właśnie powstawała Holandia. Składa się ona z prostokątów lądu (czyli polderów) poprzegradzanych kanałami. Zatem, gdy płyniesz przez wieś, to widzisz, że na jednym prostokącie obwiedzionym kanałem pasą się owce, na następnym krowy, potem widzisz ściętą trawę, a obok nie ściętą, następnie owce, a po nich krowy, dalej ściętą trawę... itd. Jest ładnie, równo i porządnie ale po kilku godzinach patrzenia na to człowiek zaczyna tęsknić za odmianą, chciałby zobaczyć, na przykład górkę. Tymczasem płaskie, równe pola biegną po horyzont, żadna górka nie zatrzyma jego wzroku, ponieważ Holendrzy nie usypują sobie górek. Nie wiem dlaczego: czy im się nie chce, czy też dlatego, że ich rowery (tzw.holenderki) nie mają przerzutek.
Płynie się też przez urocze wsie i miasteczka (fot. z prawej). Wyglądają one tak, jakby je wzniesiono jedną ręką i w jednym czasie. Mijasz więc nieprzerwany szereg domów z ogródkami „jak z obrazka". Mało która roślina rośnie tak jak chce, czyli bez ingerencji ogrodnika. Przed ogródkiem na kanale cumuje szalupa. Z tyłu za domem widać samochód. A po środku, koło płotu – rower.
Holendrzy najwyraźniej lubią przesiadywać frontem zwróceni do wody – siedzą, patrzą na to, co się dzieje, uśmiechają się, pozdrawiają. Przy pierwszej mijanej przez nas śluzie (fot. z lewej), znajdującej się tuż za portem w Loosdrecht była kawiarnia, a w niej mnóstwo rowerzystów. Rowerzyści ustawili sobie krzesełka wzdłuż brzegów śluzy i patrzyli na nas, jakbyśmy byli w telewizji. A my patrzyliśmy na nich w ten sam sposób. I było to patrzenie takie, że człowiekowi chciało się uśmiechać. Gdy Holendrzy nie mogą siedzieć przodem do kanału, to siadają przodem do ulicy. W wielu kawiarniach krzesełka są od razu tak właśnie ustawione: szeregami, frontem do ulicy.

Mówiąc ogólnie
Miło jest w Holandii, naprawdę uroczo i czysto ale nie spodziewaj się różnorodności. Gdy na prowincji zobaczysz kamieniczkę, to będzie ona podobna do kamieniczki amsterdamskiej; gdy obejrzysz ratusz w Goudzie wybudowany w XV wieku w stylu brabanckiego gotyku (fot. z lewej), to widz, że każdy następny, oglądany w innych miejscowościach będzie do niego podobny. Odniosłam wrażenie, że jeśli Holendrzy wymyślili coś, co im się spodobało, to nie tęsknią do zmian, powielają to, co im wyszło.
Zazdroszczę Holendrom tego, że w sposób widoczny są zadowoleni ze swego kraju oraz dobrobytu jaki stworzyli. Dobrze czułam się w otoczeniu tych ludzi przyjaźnie nastawionych do obcych. Nie widać po nich, że potęgę swą zbudowali na bezwzględnym wyzysku Indian i Murzynów, w strasznym okresie niewolniczej pracy w koloniach. Kto chce wiedzieć, jak to wyglądało i jakie do dzisiaj (!) pozostawiło ślady w psychice potomków niewolników niech przeczyta książkę pt. „Dzikie wybrzeże", którą napisał John Gimlette. Opisuje on Gujanę w Południowej Ameryce, dokładnie jej bagniste wybrzeże między rzekami Orinoko a Amazonką. Holendrzy w znany sobie sposób pobudowali tam kanały i poldery, na których uprawiali trzcinę cukrową. W 1652 roku przywieźli pierwszych niewolników. Niesamowicie wzbogacili się na produkcji i sprzedaży cukru trzcinowego. Zmuszali do katorżniczej pracy Afrykanów porywanych przez handlarzy niewolnikami. Handel ten wymyślili co prawda Portugalczycy, ale Holendrzy (a po nich Anglicy) uczynili zeń wielki biznes. „Nikt nie wie ilu Afrykanów spoczęło w gujańskiej ziemi, ale musiało ich być setki tysięcy. Co gorsza w kolonii holenderskiej ten okrutny, nie mieszczący się w głowie proceder trwał aż do roku 1870 roku, niemal do epoki samochodów" – pisze John Gilette.


Trasa
Zaplanowaliśmy trasę położoną blisko Amsterdamu. Można ją prześledzić na mapie samochodowej. Zatem z Loosdrecht popłynęliśmy na północ do Weesp, kanałem, który wpada do rzeki Vecht (fot. z prawej). Za Weesp skręciliśmy na zachód i musieliśmy przeciąć potężny kanał Amsterdam – Rijnkannal. Jest to droga wodna biegnąca wzdłuż całej Holandii prowadząca do Renu, wybudowana w 1952 roku. Płynęliśmy nią w 2011 roku, nie mniej znowu zrobiła na nas ogromne wrażenie. Ma 72 km długości i 50 m. szerokości („normalne" kanały są na 3 -6 metrów szerokie). W drodze powrotnej, w piątek, przez dwie godziny płynęliśmy tym kanałem (fot. z lewej). Wielkie barki o długości 100 i więcej metrów, wzbudzały poważne fale, to też naszą łupinką, długą tylko na 10 metrów i 20 centymetrów rzucało tak, że czasem jej śruba ukazywała się ponad powierzchnią wody. Jednak spisywała się dzielnie. Dalej płynęliśmy południowym obrzeżem Amsterdamu (nocleg w Ouderkerk) do Woerden, a z tego miejsca na Zachód do Alphen a/d Rijn. Za tym miastem skręciliśmy znów na południe do Goudy, a z niej na wschód do Utrechtu, prosto jak strzelił. Stąd skierowaliśmy się z powrotem na północ, w stronę naszego portu macierzystego. Zajęło nam to sześć dni. Zatoczyliśmy koło o obwodzie około 150 km.
Płynęło nam się spokojnie, czuliśmy się bezpiecznie i przyjaźnie przyjmowani przez stałych mieszkańców. Nie było dużego ruchu na wodzie.

Pływanie
Wypłynęliśmy w sobotę po południu, pierwszego czerwca 2013 roku z mariny Loosdrecht znajdującej się 25 km na południowy wschód od Amsterdamu. W miejscowości tej znajduje się baza Locabout, firmy z której wyczarterowaliśmy barkę na tydzień. Gładko przeszliśmy procedurę, obowiązującą przed wejściem na pokład – instruktaż obsługi barki, omówienie trasy rejsu, uiszczenie dodatkowych opłat (za ubezpieczenie i sprzątanie po rejsie, wypożyczenie GPS, kupienie dokładnej mapy dróg wodnych). Najwięcej czasu i uwagi poświęciliśmy trasie rejsu, ponieważ w Holandii zależy ona nie od przebiegu kanałów – te są po prostu wszędzie – lecz od ...wysokości barki.(fot. z prawej - pierwszy zwodzony most zaraz po strcie z Loosdrecht)
Nad kanałami bowiem gęsto po przerzucone są mosty w większości zwodzone, lecz są też nie zwodzone – stałe. Pod stałymi, z reguły bardzo niskimi, nie mieszczą się barki, taka jak nasza czyli o wysokości prawie trzech metrów. Tak więc mogliśmy pływać tylko tymi trasami, gdzie były zwodzone mosty. Przechodzenie przez taki most zabierało nam sporo czasu i decydowało o dystansie, jaki mogliśmy pokonać w ciągu dnia.
Lubiliśmy patrzeć jak otwierają się zwodzone mosty. Najczęściej podnosiło się jedno lub dwa skrzydła mostu. Pod mostem na poprzecznych szynach siedziały czasem gołębie i gdy most unosił się do góry biegły drobnymi kroczkami do przodu, aby nie spaść. Mijaliśmy mosty obrotowe – skrzydło otwierało się jak brama, unoszące się do góry na rolkach, a także podnoszące się na czterech filarach – tulejach (fot. z lewej - wpływamy do Utrechtu). Przejazdy przez mosty i śluzy były płatne od 1,50 do 6 euro – trzeba było mieć pod ręką drobne. Opłatę pobierał pracownik obsługujący most. Stawał na brzegu i wyciągał w stronę barki wędkę, na końcu której wisiał holenderski chodak – zapłatę wkłada się do chodaka. Mosty czynne były od 9 rano (w Utrechcie od 10) do 20, ponadto pracownicy mieli dwie przerwy w ciągu dnia: od 12.30 do 13.30 i od 15.30 do 16.30 (trafialiśmy na wyjątki od tej reguły). Na kanałach mało jest śluz, gdyż cała Holandia to jedna wielka, wypoziomowana depresja. Śluzy praktycznie nie mają znaczenia dla barkowiczów. Przepływaliśmy dziennie około 20 km. Wyjątkiem był czwartek. Przepłynęliśmy wtedy 50 km czyli trasę z Goudy do Utrechtu . Zajęło nam to cały dzień i było trochę nużące.

Cumowanie
Przeważnie było tak, że na nocleg zatrzymywaliśmy się po 16.00 godzinie. Byliśmy już po obiedzie, który gotowaliśmy na barce. Cumowaliśmy jak najbliżej centrum, po czym wychodziliśmy na zwiedzanie miasta, zakupy, posiedzenie wśród ludzi przy piwie, najchętniej nad kanałem - tak jak to robią Holendrzy. W każdej miejscowości na brzegach kanałów wyznaczone są miejsca do cumowania, obok których znajdowały się stanowiska do podłączenia się do prądu i nabrania pitnej wody. Nasza barka miała ekologiczne szambo, zatem ściekami nie musieliśmy się zajmować. Bezpłatnie można było cumować tylko przez trzy godziny w ciągu doby. Dłuższy postój był płatny: 11 – 12 euro. (fot. z prawej - marina w centrum Woerden, płatna niestety)

Awaria
Krótki kanał, którym wypływa się z portu w Loosdrecht łączy się z rzeką Amstel po przez śluzę i most zwodzony. Pokonanie tych przepraw zajęło nam około 20 minut i kosztowało 5 euro. Wreszcie płyniemy, mija szczęśliwa godzina aż tu barka zatrzymuje się. Silnik pracuje lecz łódź nie płynie. Stało się to w sobotę, w trzy godziny po wypłynięciu w rejs. Dryfujemy bezradnie w stronę bagnistego brzegu, przywiązujemy cumy do jakiś patyków i na wszelki wypadek rzucamy kotwicę. Postępujemy tak, jak nam radzono w porcie: gdy się coś stanie, należy zatrzymać się i dzwonić do kapitanatu (telefon jest w teczce z dokumentami barki) gdzie trwa całodobowy dyżur. Niczego nie naprawiać samemu! Dochodzimy do wniosku, że sprzęgło przestało działać. Dzwonimy po pomoc ale nikt nie odbiera telefonu. Stoimy i czekamy. Naszych mężczyzn korci jednak, żeby samemu spróbować naprawić. Przypominają sobie, że w takim „Trabancie" czy w „Maluchu" wystarczyło szturchnąć umiejętnie rączką od szczotki, aby silnik zaskoczył. Może więc i tutaj da się coś zrobić. Szczotka jest na pokładzie. Otwierają więc pokrywę silnika. Silnik jest pod pokładem. Patrzą w czarną dziurę w podłodze i mówią, że nic nie widać. Mimo to patrzą i kombinują. Na wodzie też nikogo nie widać. Aż tu wyłania się wielki czarny żaglowiec (fot. z lewej). Płynie na silniku, u lewej burty ma podniesiony, płetwiasty miecz, czyli holenderski. Ster trzyma postawny, brodaty wilk morski: w zębach fajka, we włosach srebrne nitki, oczy w kolorze spłowiałego błękitu. Na pokład wychodzi blondynka po kobiecemu zaokrąglona z małym pieskiem na rękach. Patrzymy na to jak zaczarowani, tymczasem żaglowiec mija nas, lecz po chwili zawraca i zbliża się: - Chyba nie stoicie tu dla przyjemności – woła do nas kapitan melodyjnym barytonem – Jaki macie problem?
Mówimy, że silnik kaput. - Tak myślałem, zabiorę was stąd, a potem wezwijcie pomoc – zarządził. Blondynka uśmiechnęła się ciepło, a piesek zamerdał ogonkiem. Wilk morski wziął nas na hol i delikatnie odprowadził do najbliższego pomostu w Willigen, gdzie mogliśmy wyjść na ląd i gdzie jest owcza farma oraz sklep z owczymi serami (9 euro za pół kilo). Teren był prywatny, lecz właściciele zgodzili się uprzejmie byśmy przenocowali i zaczekali na pomoc. Z naszą bazą skontaktowaliśmy się dopiero około trzynastej następnego dnia, czyli w niedzielę. Mechanik szybko przyjechał, wziął się do roboty (fot. z prawej), faktycznie musiał wymienić sprzęgło. Barka ma dwa biegi: do przodu i do tyłu, gdy gwałtownie zmienia się kierunek płynięcia na dużych obrotach sprzęgło zużywa się. Nie słychać tego wcześniej, tak jak w samochodzie. Po prostu w którymś momencie barka zatrzymuje się. I właśnie to nam się przydarzyło. W niedzielę w dalszy rejs wypłynęliśmy dopiero o 16.00.
Firma jest zobowiązana do usunięcia awarii, która powstała nie z winy klienta w ciągu 24 godzin. Jeśli to się nie uda, wypłaca odszkodowanie. Nasz przymusowy postój trwał mniej niż dobę.
A wielkie czarne żaglowce z holenderskimi mieczami zobaczyliśmy jeszcze w Goudzie. Stały w porcie, zakotwiczone „na amen'", przemienione na domy mieszkalne. Jakoś zrobiło nam się ich szkoda.


Zwiedzanie
We wtorek nocowaliśmy w Woerden, gdzie obejrzeliśmy ogromny warowny zamek wybudowany z czerwonej cegły w 1410 roku, czyli wtedy, gdy u nas miała miejsce bitwa pod Grunwaldem. We środę w drodze do Goudy zatrzymaliśmy się w Aachen nad Rinn, aby odwiedzić jedyny w Holandii Park Ptaków – Vogelpark Awifauna (bilet - 14 euro). Duży park, pięknie utrzymany i wiele gatunków egzotycznych ptaków. W przewodnikach podkreśla się, że są tam też kolibry – faktycznie są, widziałam dwa małe, szaro-czarne ptaszki chowające się po kątach. Wolałam postać przy pelikanach, wyglądających bajkowo. Zwartą grupą obsiadły one wyspę, grzały się z lubością w słońcu, a ich pióra mieniły się na biało i różowo (fot. z lewej). Brakowało im tylko Barbie do towarzystwa.
Utrecht (czwartek) to mniejszy Amsterdam. Gouda różni się od niego oryginalnym ratuszem (brabancki gotyk). Pomniejszone kopie tego ratusza widzieliśmy w mniejszych niż Gouda miejscowościach. W miastach wzdłuż ulic ciągną się szeregi „amsterdamskich" kamieniczek, dołączają do nich ogromne kościoły wzniesione z czerwonej cegły. W Goudzie jest najdłuższy kościół w Holandii, a w Utrechcie kościół o najwyższej wieży w Holandii, oba widzieliśmy.
Przypisujemy sobie odkrycie wioski (a może miasteczka?) Breukelen, ponieważ nie było jej w naszych przewodnikach. Miało to miejsce w piątek, 7 czerwca, czyli ostatniego dnia rejsu. Płynęliśmy z Utrechtu na północ rzeką Vecht w kierunku naszego portu macierzystego. Zostało nam jeszcze 9 kilometrów, gdy znaleźliśmy się na kanale w Breukelen, gdzie panował niezwyczajny ruch, miasteczko zaś miało w sobie coś takiego, że zachciało nam się do niego zajrzeć. Przycumowaliśmy więc barkę do nabrzeża i poszliśmy na rynek. A na rynku targ, a na targu świeży, smażony dorsz, przysmak Holendrów (zjedliśmy, pycha, duża porcja 4 euro) oraz liczne stoiska z serami. Wybór serów ogromny, gouda w stu smakach, w cenach o połowę niższych niż w Goudzie. Piszę o tym dla każdego, kto w piątek przed powrotem do bazy Locaboat nie będzie miał jeszcze kupionych prezentów. Niech płynie do Breukelen. W każdy piątek kupi tam oryginalną goudę, płacąc za nią o połowę mniej niż w Goudzie. Oczywiście w Goudzie poszliśmy do firmowego sklepu serów gouda. Naprawdę warto zaliczyć to miejsce, gdyż wybór serów i sposób ich sprzedaży są imponujące. Trzeba jednak mocno trzymać się za kieszeń, ponieważ ceny też robią wrażenie. Kilogram sera typu gouda w Goudzie kosztuje od 18 do 30 i więcej euro. W Breukelen sery te kupimy o połowę taniej (fot. z prawej).
W piątek nocowaliśmy w porcie macierzystym, w sobotę rano, 8 czerwca, przed dziewiątą opuściliśmy barkę, taksówka zawiozła nas na lotnisko w Amsterdamie.

 

W piątki po południu zaczynają się piknikowe wycieczki po kanałach, lekko zkrapiane winkiem czy piwem, a wokół rozchodzi się zapach "marychy" Charakterystyczne pływające wille, wcale nie tanie... Dostowujemy się do Utrechckich zwyczjów i rozpoczynamy weekend na kanale
Babcia Polka - Zosia - za sterm naszego hausboota W oczekiwaniu na otwarcie mostu w Goudzie. W tle widać ogromne żaglowce, często zabytkowe, służące za mieszkania. Jedna z uliczek w Goudzie. Te domki mają często nie więcej niż 3 m szerokości. Grunt wydarty wodzie jest tu bardzo drogi

 

Warto wiedziec !

Gdzie wynająć barkę:

W firmie PUNT www.punt.pl tel.(+48 22)4468380 02-791 Warszawa ul.Stryjeńskich 15A lok. 5


O barce:
Pływaliśmy barką Penichette typ 1020 FB. Ma ona dwie sterówki – w salonie i na górnym pokładzie. Salon (stół, narożnik do siedzenia) łączy się z kuchnią (kuchenka, zlewozmywak, lodówka, naczynia). W dziobie jest łazienka (prysznic i ubikacja spłukiwana wodą) oraz trzy osobowa kabina. Na rufie jest druga łazienka i kabina dwuosobowa. Otrzymaliśmy czystą pościel oraz ręczniki. Na barce jest ekologiczna oczyszczalnia ścieków, zbiorniki na wodę oraz na ropę (wypełnione po korek, po zakończeniu rejsu płaci się za ilość zużytego paliwa). Na postojach uzupełnia się zapasy wody i podłącza do prądu aby oszczędzać własne akumulatory barki oraz ładować komórki, aparaty fotograficzne i inny sprzęt oraz suszyć włosy suszarką.


Rodzaje ubezpieczenia:
Są dwa - zwrotna kaucja i tzw. ubezpieczenie kaucji. Zwrotna kaucja kosztuje 1200 euro, pieniądze odzyskujemy w całości, gdy po rejsie oddajemy barkę w idealnym stanie. W przypadku, gdy z naszej winy dojdzie do uszkodzeń, to od kwoty 1200 euro odjęte zostaną koszty naprawy, a gdy koszty te przekroczą 1200 euro, będziemy musieli dopłacić. Ubezpieczenie kaucji kosztuje 80 euro i jest bezzwrotne. Za to nie interesują nas już koszty naprawy barki, nawet gdy ją bardzo poważnie uszkodzimy.


Koszt wyprawy na barkę:
Taksówka w obie strony – 170 euro
Wynajęcie barki – 2275 euro
Ubezpieczenie – 80 euro
Sprzątanie barki po rejsie – 70 euro
Wypożyczenie GPS – 50 euro
Mapa – 15 euro.
Razem 2660 euro. Pływaliśmy w pięć osób, zatem każdy z nas zapłacił 532 euro. Do tego trzeba doliczyć cenę biletu na samolot w obie strony – 552 PLN. Łączny koszt w przeliczeniu na złotówki wynosi mniej więcej 2800 plus wyżywienie, które kosztuje mniej więcej podobnie jak w Polsce.


Dobre rady
Zabrać ze sobą płyn do mycia naczyń (małe opakowanie), myjkę, papierowy ręcznik, ostry nóż, dobry korkociąg, zapałki, podstawowe przyprawy, kawę, herbatę, jedzenie na pierwszy dzień i pierwsze śniadanie, mocny alkohol.
Dobre wino w Holandii kosztuje 3 – 3,50 euro. Piwo Amstel w półlitrowej puszce – 0,70 euro, sześciopak tego piwa – 3,98 euro.

Tekst: Zofia Zubczewska
Zdjęcia: Stefan Zubczewski


Poprawiony: wtorek, 07 stycznia 2014 15:59