Madagaskar - wspomnienia z “Wielkiej Czerwonej Wyspy”
Wpisany przez Marek Biziuk   
wtorek, 08 października 2019 12:01

Wspomnienia z “Wielkiej Czerwonej Wyspy”

“Ajaj, Madagaskar kraina czarna, skwarna...”
Czerwień Madagaskaru jest najbardziej pozostającym w pamięci wspomnieniem. Związane jest to z powszechnie tam występującymi glebami laterytowymi, które nadają pejzażom tej czwartej (po Grenlandii, Nowej Gwinei i Borneo) co do wielkości wyspy na świecie (ok. 600 000 km2) ten niesamowity koloryt.

 

Dotyczy to nie tylko gór, urwisk i gleby, większość budynków na wsi zbudowana jest z czerwonej cegły ręcznie wyrabianej i wypalanej. Po drodze mijaliśmy wiele takich prymitywnych cegielni. Niestety, wyrabiane w ten sposób cegły nie są zbyt trwałe. Czerwień dominuje także w strojach Malgaszy (większości z 25 mln mieszkańców tej wyspy), a lubią ubierać się bardzo kolorowo przez co ulice wiosek, miast i miasteczek, a szczególnie targów, to feeria barw. Można brać także pod uwagę poetycką interpretację, czerwień krwi, która wsiąkła w malagaską ziemię, zwłaszcza w kontekście rządów królowej Ranavalony, zwalczającej krwawo przeciwników politycznych i pierwszych chrześcijan. Ranavalona była jedną z czterech królowych, które rządziły wyspą w XIX wieku, po jej zjednoczeniu przez Radama I. Po niej rządy sprawowały kolejno Rasoherina, Ranavalona II i Ranavalona III, a od 1897 do 1960 była to kolonia francuska. Mówiąc o historii należy wspomnieć o polskich akcentach w historii Madagaskaru, a więc o Maurycym Beniowskim, który na czele regimentu ochotników podporządkował wyspę w 1774 r Francji (często w drakoński sposób), a nawet 10 października 1776 roku obwołany został przez tubylców jej królem. W tym samym roku opuścił jednak wyspę. Jego imię nosi jedna z ulic Antananarywy (potocznie Tana), stolicy Madagaskaru. Drugim takim akcentem była zrealizowana w roku 1937 polska wyprawa na Madagaskar. Uczestniczył w niej Arkady Fiedler, który na zlecenie rządu RP - jako niezależny ekspert - badał warunki i opłacalność ewentualnej kolonizacji i polskiego osadnictwa na wyspie.
Tana była zarówno pierwszym, jak i ostatnim punktem naszej wyprawy, a także częściowo misji. Grupę, zorganizowaną i dowodzoną przez Désiré, rodowitego Malgasza mieszkającego i pracującego w Polsce, można było nazwać grupą ekumeniczną (4 protestantów z pastorem, 3 katolików i jedna osoba zielonoświątkowiec). Jechaliśmy z kolektą zebraną w zborze protestanckim do sierocińca w Tsimoka, znajdującego się niedaleko stolicy. Sami także wsparliśmy sierociniec niewielkim kwotami oraz materiałami szkolnymi i słodyczami. Zaimponowali mi Roger i Gizella, małżeństwo prowadzące sierociniec. Robią to praktycznie bez pomocy państwa, bazując na datkach zbieranych na całym świecie. Poza opieką nad kilkudziesięcioma dziećmi zebranymi z ulic Tany, prowadzą także warsztaty komputerowe oraz krawieckie, także dla kobiet z okolicy. Dzieci przygotowały dla nas występy taneczne występując w strojach szytych przez siebie. Zjedliśmy tam razem z mieszkańcami sierocińca, stanowiącymi jedną wielką rodzinę, lunch, na którym po raz pierwszy jadłem mięso z zebu. Do picia podane było ranonapango, napój powstały po zalaniu wrzątkiem lekko przypalonego ryżu, zalegającego na dnie garnka po gotowaniu. Jest to napój bardzo popularny na Madagaskarze, ale nam nie przypadł do gustu. Sierociniec miał własna farmę, gdzie uprawiali ryż i hodowali zebu, ale farma została obrabowana i zniszczona przez gang, plagę Madagaskaru, z którą państwo, nie funkcjonując należycie, nie daje sobie rady. Historie o podobnych napadach słyszeliśmy potem wielokrotnie w różnych punktach naszej wyprawy.
Zebu to karłowate bydło z charakterystycznym garbem mięśniowo – tłuszczowy położony w okolicy kłębu, wykorzystywane jako zwierzę pociągowe zaprzęgane do tradycyjnych wozów nazywanych sarety. Jest także cennym pożywieniem, chociaż mleka daje stosunkowo mało, hodowane są głównie rasy mięsne. Jest to także twarda waluta. Na Madagaskarze majętność określa się na podstawie ilości zebu. Kto na Madagaskarze ma dużo bydła, ten ma władzę i szacunek. A że trzy czwarte społeczeństwa zarabia mniej niż dolara dziennie, chętnych do jego rabunku nie brakuje. Na południu Madagaskaru można mówić wręcz o wojnach o bydło. Zebu jest też ważnym argumentem przy zawieraniu małżeństwa. Mięso z zebu jest, obok ryżu, podstawą pożywienia Malgaszy, a więc było także podstawą naszych posiłków. W smaku przypomina wołowinę i przyrządzana jest podobnie jak wołowina u nas. Pyszne jest w formie gulaszu lub malutkich szaszłyczków (masikito), świetnych do piwa. Smakowały mi na Madagaskarze, przede wszystkim, owoce morza: ryby, kraby i krewetki, a jedną z najsmaczniejszych potraw jakie w życiu jadłem, była kałamarnica w sosie imbirowo-czosnkowym. Sporo pozostałości kuchni francuskiej. Takiego smacznego fois gras nie jadłem nawet we Francji. Dobrze przyrządzają także ślimaki, chociaż panierowane żabie udka trochę mnie rozczarowały. Je się też maniok, bataty, ziemniaki i kukurydzę, dużo warzyw i owoców (cytrusy, liczi, awokado, melony, mango, papaja, banany, ananasy itd.). W lepszych restauracjach dania, a szczególnie desery, podawane są w bardzo wykwintny sposób, jakiego nie powstydziłyby się najlepsze restauracje we Francji. Jednym z bardziej oryginalnych deserów jest coś w rodzaju leguminy zawiniętej w liście banana. Podobno gotuje się to przez 3 dni, a sprzedają ten specjał także na ulicach, odcinając plastry. Widzieliśmy jak się to przyrządza i potem niektórzy mieli pewne obiekcje przy próbowaniu. Do popijania dobra herbata i kawa (byliśmy na plantacjach i degustowaliśmy oraz kupowaliśmy na miejscu), piwo (Three Horses Beer), rum (narodowy trunek, często z dodatkami smakowymi) i koktajle (mohito, daiquiri, pinakolada). Należy dodać, że Madagaskar jest krajem typowo rolniczym. Pracą na roli zajmuje się ok. 75% ludności czynnej zawodowo. Eksportowymi roślinami uprawianymi są: kawa, banany, trzcina cukrowa i przyprawy. Madagaskar od dziesięcioleci kojarzony jest z uprawą wanilii, której jest największym światowym producentem (80%). Przyprawy są bardzo pikantne i nawet jak wziąłem jednej z niech do zupy tylko na koniec noża, to zupę ledwo zjadłem pocąc się niemiłosiernie. Kupiłem do Polski 3 przyprawy i już zaskoczyłem swoich gości.
Wróćmy jednak do wyprawy. Grupa niewielka, bo tylko ośmioosobowa, a więc mobilna + John – świetny pilot i zarazem brawurowy kierowca. Drogi na Madagaskarze pozostawiają, delikatnie mówiąc, dużo do życzenia. Takich dziur nie widziałem chyba nigdzie na świecie (może poza Syberią). Kierowca musiał nieźle się nagimnastykować, żeby nie urwało podwozia. Podziwialiśmy Johna slalomującego pomiędzy tymi dziurami. Pamiętajmy, że większość Madagaskaru to góry, chociaż pejzaże są bardzo zróżnicowane, od wilgotnych lasów deszczowych, nizin na wschodnim wybrzeżu, stromych urwisk i wyżyn w centralnej części po płaskowyże i pustynie w południowej części. Malownicze są tarasowo ułożone pola ryżowe. Na drogach głównym transportem były wozy ciągnięte przez zebu, a transport ludzi odbywał się niemiłosiernie zatłoczonymi marszrutkami. Tana także leży na kilku wzgórzach, ze szczytów których roztacza się piękny widok. Na jednym z takich wzgórz znajduje się pałac Królowej Ranavalony, aktualnie w odbudowie, a także często właśnie tam pobudowano kościoły. Jako grupa ekumeniczna byliśmy na nabożeństwie w kościele protestanckim Ampamarinana. Piękny widok z tarasu na Tanę, szczególnie na Jezioro Anosy z Pomnikiem Poległych – mieszkaliśmy niedaleko jeziora w motelu o tej samej nazwie. Kościół wzniesiono w 1874 r by uczcić 14 zamordowanych chrześcijan, strąconych na rozkaz królowej Ranavalony z klifu w 1849. Jej następczyni przyjęła protestantyzm i uczyniła wręcz z niego religię państwową. W tej chwili aż 53,8 % mieszkańców to chrześcijanie, ale 39,1 % to tradycyjne wierzenia afrykańskie (animistyczne). Zaskakująco mało muzułmanów, tylko 2,1 %, ale podobno aktywnie działają w celu zwiększenia tego udziału. W trakcie nabożeństwa, gdzie przywitano nas oficjalnie, jako grupę ekumeniczną, Ewa i Désiré pięknie odśpiewali psalm. Śpiewów było zresztą dużo, a, co mnie trochę zaskoczyło, do modlitw i śpiewów używano smartfonów. Z Pawłem byliśmy tuż przed wyjazdem w katedrze katolickiej, w której przygotowywano się do wizyty papieża, zresztą całe miasto było udekorowane flagami papieskimi i portretami Franciszka (widziałem nawet taki portret na meczecie). Tu także w trakcie mszy piękne śpiewy, a nawet tańce (kołysaliśmy się z wszystkimi trzymając się za ręce). Katedra była wypełniona po brzegi, a, jak się potem okazało, była to msza prymicyjna i rozdawano na zakończenie cukierki. Na zatłoczonych i gwarnych ulicach Tany sporo starych, francuskich aut, łącznie z klasycznymi Citroenami. Jest trochę ładnych budowli w stylu kolonialnym z ratuszem i dworcem przerobionym na galerię handlową. Na mnie duże wrażenie robiły kobiety z wdziękiem noszące na głowie nawet duże ciężary. Wartą odnotowania jest także wizyta w Ambohimanga, dawnym pałacu królewskim, położonym na wysokim wzgórzu ze wspaniałym widokiem na Antananariwę. Znajdują się tu grobowce króla Andrianampoinimerina (imiona malgaskie są bardzo długie) i królowej Ranavalona rośnie też święte drzewo, przed którym do dzisiaj są składane ofiary ze zwierząt (mięso się zjada więc pozostaje dużo kości). Pałac jest drewniany i dosyć skromny, ale przewodnik opowiadał dosyć ciekawe historie. Podobno basen do kąpieli napełniało wodą 100 dziewic z dobrych domów. Król miał 12 żon, a gości najpierw przyjmowała jedna z nich. Król w tym czasie ukrywał się na antresoli i podsłuchiwał rozmowę, a jeśli zdecydował się sam przyjąć gościa, rzucał kamyk, jeśli nie rzucił, żona odprawiała gościa z kwitkiem. Ruiny pałacu królewskiego oglądaliśmy także w Fianarantsoa, dawnej stolicy, położonej podobnie do Tany na wzgórzach, z malowniczym starym miastem (na liście UNESCO), katedrą katolicką i tradycyjnym kipiącym aktywnością targiem. Jest to także centrum intelektualne i religijne.
Nie zabytki były jednak naszym celem. Wyprawa stała pod znakiem przyrody i drobnych zakładów rzemieślniczych. Jest imponujące jak w takich, dosyć prymitywnych warunkach, może kwitnąć tyle rodzajów rzemiosła. Tak naprawdę są to manufaktury: tradycyjnych cukierków Marcela w Antsirabe, garnków w Ambatolampy, wyroby z rogów zebu, rzeźby, intarsje, plecionki, obrusy i metaloplastyka w Ambositra, jedwabiu i słynnych papirusów malgaskich w Ambalavao i wiele innych. Zagospodarowane są wszystkie odpady metalowe, które przetapia się w prymitywnych piecach, albo wykonuje się z nich rzeźby bądź zabawki. Najbardziej zaimponował mi właściciel jednej z takich manufaktur, zajmującej się przeróbką złomu na rzeczy użyteczne, który otworzył w swojej posiadłości szkołę dla dzieci pracowników, a kobietom zorganizował kursy szycia.
Największe wrażenie robi jednak przyroda, a szczególnie endemiczne gatunki zwierząt. Aż 90 % występujących tam gatunków ssaków, gadów i płazów żyje tylko na tej wyspie. Najsłynniejsze z nich są oczywiście lemury (podobno ponad 100 gatunków), ssaki naczelne przystosowane do życia na drzewach, wyposażone w długie kończyny oraz odpowiednio zbudowane dłonie i stopy. Lemury różnią się między sobą ubarwieniem oraz wielkością, są szare, białe, brązowe, czarne i rude o wadze od 30 gram do 9 kg, Najpopularniejsze dzięki filmom są lemury katta (król Julian), a największe to indris oraz sifaka. Ciekawostką jest to, że potrafią hibernować, a także żeńska dominacja w grupie. Lemury oglądaliśmy w wielu parkach . W Mikalao właziły nam na ramiona i głowy, ale widzieliśmy je jeszcze w Analamazaotra Park, Parku Ranomafana, Parku Narodowym Anja (dały tu wspaniały koncert ustalając miejsca swojej dominacji) i kilu innych odwiedzanych miejscach. Drugą grupą zwierząt, która nas zachwyciła, były przeróżnej barwy kameleony, które spotykaliśmy praktycznie wszędzie. Cechą charakterystyczna tych jaszczurek jest, oczywiście, umiejętność zmiany barwy skóry. Są dosyć niezdarne, ale w polowaniu językiem są mistrzami. Dawały się wziąć do ręki, nawet posadzić na głowie. Do ręki braliśmy też węże i gekony. Teraz myślę, że niepotrzebnie męczyliśmy te piękne zwierzęta. Gekonów jest około 1000 gatunków? Duża rodzinka. Na Madagaskarze spotykamy je na każdym kroku, w mieszkaniach, restauracjach itp. Gekony polują na owady (muchy i komary), a więc są tu sprzymierzeńcami człowieka. Mogą, dzięki spłaszczonym palcom, wyposażonym w mikroskopijne wyrostki skórne, zapewniającym doskonałą przyczepność do wszystkich powierzchni, poruszać się swobodnie po ścianach i suficie. Nie zbliżaliśmy się do krokodyli, których farmę w Vakona Forest Lodge także odwiedziliśmy. Wyraźnie nas lekceważyły.
Przyroda, to nie tylko zwierzęta. Mimo panującej tam zimy (od 8 oC w nocy do 30 w ciągu dnia) pełno było kwiatów: kaskady azalii, bugenwilli, dżakarand i innych kwiatów, których nazw nie znam. Często występującą endemiczną rośliną, obok baobabów, jest drzewo wędrowców, wyglądające jak wachlarz palmy, ale jest to trawa, gromadzą w swoim pniu bardzo dużo wody, którą zbłądzony podróżnik może ugasić pragnienie. Podziwialiśmy przyrodę podczas spacerów w parkach narodowych, ale także podczas dwóch trekkingów, w okolicach Betafo z piknikiem na trawie, a szczególnie w Namazaha (Malgaskie Colorado), w okolicach Isalo, gdzie ogromny masyw piaskowca w kolorze czerwonym, wyrzeźbiony przez wodę i wiatr, sprawia księżycowe wrażenie. Faktycznie jest tu analogia do Wielkiego Kanionu Colorado i Gór Skalistych w USA, z fantazyjnymi masywami przypominającymi, np. żółwia, ludzką głowę, siedzącą kobietę (królowa Isalo), czy okno, przez które oglądaliśmy zachód słońca. Dużo frajdy dał nam naturalny basen, w którym mogliśmy się kąpać. Nasza trójką wybrała krótsza trasę, więc 2 h dłużej mogliśmy się pławić w wodzie. Cudownie. Z wodą mieliśmy także spory kontakt w Manakara na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Drewnianą łodzią pływaliśmy cały dzień po kanale Pangalanes odwiedzając malgaskie wioski (w jednej z nich pokazano nam jak destyluje się aromaty z roślin, dla mnie, jako chemika była to ciekawa lekcja jak można to robić w dosyć prymitywny sposób). Piknik mieliśmy w zagajniku na wybrzeżu oceanu, a potem trochę plażowaliśmy i kąpaliśmy się w oceanie (duże fale trochę to utrudniały) i popijaliśmy rum w kawiarence na plaży.
Dużo kontaktów mieliśmy z mieszkańcami Madagaskaru, Malgaszami. Nie chodzi tu tylko o szefa grupy Désiré i Johna. Byliśmy we wnętrzach prywatnych domów, warsztatów, a nawet w szpitalu, gdzie odwiedzaliśmy córkę szefów biura turystycznego Faly i Maharavo. Miała kłopoty żołądkowe. Na wsiach domy, zbudowane z czerwonej cegły, desek lub trzciny, miały na dole pomieszczenie dla bydła, a ludzie mieszkali nad nim. W hotelach, motelach i hostelach byliśmy najczęściej jedynymi cudzoziemcami i mieliśmy szansę nawiązać sympatyczne kontakty z obsługą. Zdarzyło się nawet wspólnie śpiewać, jak to było w Betafo, gdzie odwiedził nas pastor tamtejszej parafii luterańskiej (byliśmy w jego kościele następnego dnia). W okolicach Betafo skorzystaliśmy także z gorących źródeł, nie były one, niestety, zbyt dobrze udostępniane. Ludzie byli, generalnie, bardzo sympatycznie i przyjacielscy. Wzbudzaliśmy spore zainteresowanie, szczególnie dzieci. Pomalowane paznokcie u nóg naszych pań, czy włosy na rękach, wzbudzały niekłamane zainteresowanie. Kilka razy trafiliśmy na ceremonię wymiany całunu zmarłego mieszkańca. Jest to święto dla całej wioski, połączone z tańcami, śpiewami i „wyżerką”. Barwna uroczystość odbywa się przy przenoszeniu ciała z tymczasowego grobu do grobowca rodzinnego, który znajduje się na polu właściciela, albo w górskiej grocie skalnej. Z innych zwyczajów, często spotykaliśmy kobiety piorące w rzekach czy strumykach. Po takim praniu rzeczy były malowniczo rozkładane do wysuszenia na trawie czy krzakach.
Podsumowując. Wspaniała, egzotyczna wyspa z przyrodą zapierająca dech w piersi, niespotykanymi gdzie indziej zwierzętami i roślinami, ciekawą kuchnią oraz sympatycznymi ludźmi. Warto ją odwiedzić.

Marek Biziuk

Poprawiony: wtorek, 08 października 2019 12:32