Można już okiełznać schizofrenię Drukuj Email
Wpisany przez Zofia Zubczewska   
poniedziałek, 10 grudnia 2018 10:52

Można już okiełznać schizofrenię

Jest to choroba mózgu – najcięższa, najczęściej występująca, przewlekła i nawracająca. Jest również nieuleczalna, podobnie jak nieuleczalna jest np. cukrzyca. Obecnie jednak lekarze dysponują lekami, dzięki którym człowiek cierpiący na schizofrenię może prowadzić normalne życie. Może funkcjonować na dobrym, a niekiedy nawet wysokim poziomie.


Naczytałam się o schizofrenii: czym jest, jak się objawia itp. Najbardziej dla mnie zrozumiały jest opis choroby, który znalazłam w publikacji wydanej przez Instytut Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej, zatytułowanej: „Nie tracę siebie w schizofrenii”. Brzmi on tak: ”Przyczyną wystąpienia objawów schizofrenii są zaburzenia biochemiczne w mózgu, powodujące zachwianie równowagi neuroprzekaźników – substancji, za pomocą których komunikują się komórki budujące mózg”.
Skutkiem tych zaburzeń człowiek ma poważnie upośledzoną umiejętność krytycznej, realistycznej oceny własnej osoby i zjawisk (zdarzeń) występujących w jego otoczeniu oraz relacji z innymi ludźmi. Czasem nie jest do tego zdolny. Słyszy głosy, które nie istnieją. Dostrzega zdarzenia, które nie mają miejsca, traci kontakt z bliskimi. Jeszcze w połowie XX wieku człowiek leczony na schizofrenię miał minimalne szanse na życie podobne do życia zdrowych ludzi. Teraz jest inaczej, gdyż nastąpił znaczący rozwój leków przeciwpsychotycznych. Umożliwiają one usunięcie lub złagodzenie objawów schizofrenii oraz zapobiegają jej nawrotom. Ogromnym osiągnięciem są leki II generacji w iniekcjach o przedłużonym działaniu, czyli stosowane co kilka tygodni. Są one w Polsce dostępne i refundowane przez NFZ. Jednakże warunkiem skutecznego leczenia jest ... nieprzerywane, systematyczne przyjmowanie leków. Uwaga ta wcale nie jest od rzeczy, gdyż cechą charakterystyczną dla pacjentów ze schizofrenią jest to, że przerywają leczenie kiedy poczują się lepiej. Z badań fińskich wynika, że 50% pacjentów w 30 dni po wyjściu ze szpitala odstawia leki. W Polsce jest podobnie. Odstawienie leków powoduje nawrót choroby.

Jak się objawia schizofrenia?

Słuchając prelegentów zaproszonych na ostatnią konferencję prasową (organizator to Dziennikarski Klub Promocji Zdrowia) poświęconą schizofrenii myślałam, że odkrycie przyczyny tak poważnej choroby jak ta psychoza, uczy pokory. Wydaje nam się bowiem, że mamy kontrolę, może nie nad całym światem (to chyba byłby objaw schizofrenii) ale nad własnymi wrażeniami oraz opiniami. Tymczasem wystarczy troszeczkę mniej substancji biochemicznej nazywanej dopaminą, albo odrobinę więcej, by nasze emocje oraz postrzegana przez nas rzeczywistość (obecnie nazywana realem) stanęły na głowie.
Co to jest dopamina? To związek wytwarzany i uwalniany przez komórki nerwowe w mózgu oraz rdzeniu kręgowym, służący do przenoszenia informacji między komórkami.
W publikacji „Nie tracę siebie w schizofrenii” przeczytałam, że nadmierna aktywność dopaminy w określonych obszarach mózgu powoduje omamy i urojenia. Lekarze objawy te nazywają pozytywnymi (wytwórczymi). Zrozumiałam to tak, że objawy wytwórcze to fenomeny psychiczne dodane do zjawisk i sytuacji realnie istniejących. Fenomenów tych nie rejestrują osoby zdrowe.
Najczęstsze są omamy słuchowe (chory słyszy nie istniejące głosy), dużo rzadziej wzrokowe (widzi obrazy, których nie ma), czasem węchowe (rejestruje dziwne zapachy), a nawet dotykowe (np. czuje na plecach dotyk ducha).
Urojenia dotyczą nie istniejących wydarzeń w świecie otaczającym chorego. Jest on przekonany, że ktoś go śledzi albo podsłuchuje, czasem że jest przezroczysty i wszyscy znają jego myśli; albo, że wszyscy w pracy go prześladują. Tworzy najróżniejsze teorie nie mające pokrycia w realu na temat końca świata, ataku kosmitów czy katastrof lotniczych. Myśli te są tak uporczywe, że uniemożliwiają normalne funkcjonowanie, wywołują paniczny lęk.
W „Nie tracę siebie w schizofrenii” zamieszczono wywiady z osobami zmagającymi się z tą chorobą. Przytoczę fragmenty rozmowy z Arkiem. W jego przypadku schizofrenia dała znać, gdy miał 24 lata. Pracował wtedy w pizzerii, miał kolegów, imprezował podobnie jak oni. Ale tylko Arek zaczął słyszeć głosy, które dyktowały mu co ma robić np. zagnieść ciasto, wyjść z pracy itp. Słuchał tych głosów, robił to co mu mówiły. - Nie brzmiało to jednak groźnie – opowiada dziennikarce, Marcie Hernik, przeprowadzającej z nim wywiad. Ale głosy co raz częściej do niego przemawiały. - Aż stało się tak, że nie mogłem spać przez cztery dni i noce. W tym czasie nie tylko coś słyszałem, ale też widziałem dziwne kolory, miałem uczucie, że ludzie znają moje myśli, że chcą mi coś zrobić.
Ten epizod sprawił, że rodzice Arka zadziałali. Mężczyzna trafił na oddział psychiatryczny, gdzie leczony był przez półtora roku. Wrócił do domu jako osoba z opanowaną schizofrenią. Leki pozwalają mu na życie jakie prowadzi nie jeden zdrowy człowiek. Obecnie ma 32 lata. Mieszka z ojcem, zajmuje się domem, zamierza podjąć pracę jako ochroniarz.
Niedobór aktywności dopaminy powoduje wystąpienie objawów negatywnych, ubytkowych. Są to objawy świadczące o tym (według mojego rozumienia), że na skutek choroby mózgu człowiek traci wiele ze swych możliwości. Może więc stracić motywację do działania, nie potrafi wyrazić swoich uczuć, ma kłopoty ze zrozumieniem emocji innych ludzi, staje się milkliwy, jego wypowiedzi są bardzo lakoniczne, zaniedbuje swój wygląd, popada w depresję, która pchnąć go może do samobójstwa.
Objawy negatywne (ubytkowe) bywają charakterystyczne dla początku schizofrenii.

Przytoczę teraz historię Anity (wywiad z nią przeprowadziła Marta Koton-Czarnecka) .
Pierwszy atak schizofrenii miała w wieku 15 lat. 10 lat wcześniej na schizofrenię zachorowała jej mama. Anicie, podczas pierwszego ataku, zaczęło się zdawać, że wszędzie są ukryte kamery, a otaczający ją świat jest wielkim planem filmowym horroru, w którym ona gra bohaterkę ratującą ludzi przed końcem świata. Do tego dochodziło przeświadczenie, że słyszy myśli wszystkich spotykanych osób. Przytłaczał ją nadmiar wrażeń i bodźców, powodując lęk i panikę. Po konsultacji z psychiatrą Anita trafiła do szpitala. Zastosowane leki dość szybko rozprawiły się z urojeniami, wyciszyły ją i uspokoiły. Zdała egzaminy gimnazjalne. Rok później jej mama kolejny raz trafiła do szpitala...” a ja przeżywałam swój pierwszy zawód miłosny. Wpadłam w poczucie beznadziejności, sądziłam że nigdy mi się nic nie uda, że po prostu nie można żyć z tą chorobą. Byłam sama w domu. Wzięłam wszystkie leki jakie znalazłam – około 100 różnych tabletek”. Na szczęście została odratowana. Przez kolejne trzy lata jeszcze pięć razy próbowała się zabić. Po ostatniej próbie samobójczej (w 2015 roku) wpadła w śpiączkę, z której cudem się wybudziła. Doszła wtedy do wniosku, że jakaś siła sprawcza chce aby żyła. Po rozmowie ze swym lekarzem zmieniła przyjmowany lek: „Po dwóch tygodniach poczułam poprawę, co zmotywowało mnie do systematycznego zażywania leków. Zaczęłam chodzić na psychoterapię, dbać o siebie, schudłam 12 kilogramów”. Stara się prowadzić życie towarzyskie. Jej pasją jest korespondencja z ludźmi z całej Polski. Po maturze zamierza rozpocząć studia psychologiczne.
Objawów schizofrenii jest dużo więcej. Ich wspólną cechą pozostaje to, że powodują stany, utrudniające, a nawet uniemożliwiające normalne życie. Trzeba jednak pamiętać, że dzieje się tak wtedy, gdy choroba jest nieprawidłowo lub wcale leczona.
W Polsce liczbę chorych na schizofrenię szacuje się na 400 tysięcy osób. Połowa z nich to pacjenci nie zdiagnozowani.
Schizofrenia nie jest jedną chorobą – usłyszałam na konferencji prasowej. Międzynarodowa klasyfikacja chorób wyróżnia dziewięć typów schizofrenii, co najwyraźniej nie wyczerpuje tematu, gdyż ósmy typ nazwany został schizofrenią innego rodzaju, a dziewiąty – schizofrenią nieokreśloną. Podział na typy z punktu widzenia pacjenta czy opiekuna nie ma większego znaczenia. Piszę o nim dlatego, że obrazuje złożoność choroby; jej różne objawy, nasilenie oraz przebieg.

Historia leczenia schizofrenii

Warto ją przypomnieć, po to by uzmysłowić sobie jak wielkie postępy uczyniła medycyna i farmacja w leczeniu chorób mózgu. Na konferencji mówił o tym, w sposób bardzo osobisty, psychiatra i psychoterapeuta, Przewodniczący Naukowego Towarzystwa Psychiatrii, dr n. med. Stanisław Murawiec. Swoje wystąpienie zaczął od pokazu reprodukcji obrazu Hieronimusa Boscha o tytule „Leczenie głupoty”. Obraz przedstawia trepanację czaszki. Zabieg ten wykonywano bez znieczulenia. Znachor przez dziurę w czaszce próbował wyjąć „kamień głupoty” nazywany też „kamieniem szaleństwa” co miało uzdrowić pacjenta. O efektach takiej terapii lepiej nie pisać. Późniejsze wieki to próby, które dzisiaj postrzegamy jako okrutne, tym bardziej że były bezowocne. – Obraz osób leczonych z rozpoznaniem schizofrenii mogę, jako psychiatra, widzieć w kontekście swojej osobistej, ponad dwudziestoletniej praktyki oraz w kontekście wszystkich obrazów i opisów znanych mi z historii psychiatrii – powiedział pan dr Morawiec. – Jeszcze trzy dekady temu rozpoznanie schizofrenii było równoznaczne z brakiem perspektyw życiowych dla osób chorych. Był to obraz pacjentów przewlekle, niekiedy przez całe życie przebywających w szpitalu psychiatrycznym.
Ten okres Pan Doktor nazwał okresem całkowitej terapeutycznej bezradności. Szczęśliwie mamy go już za sobą. – Obecnie kiedy myślę o pacjentach ze schizofrenią przychodzą mi na myśl osoby, których zawody wzbudzają skojarzenia, że nawet nie wiedziałbym jak podejść do pracy, które one wykonują. Jedna z nich to pacjent, który przebył dwa epizody psychotyczne długotrwałe i bardzo poważne o typowym obrazie zespołu paranoidalnego, i który w rok później, po kuracji lekiem w iniekcjach o przedłużonym działaniu, wykonał projekty zaawansowanego „oprzyrządowania” technologicznego w wielkich projektach budowlanych, w dziedzinie najnowszych technologii i w skali makro-budownictwa. Wielu takich pacjentów napotykam przy różnych okazjach. Mam tu na myśli osoby, co do których nie mam wątpliwości, że są chore na schizofrenię, natomiast funkcjonują one na dobrym, niekiedy nawet wysokim poziomie

Jak współczesna medycyna okiełznała schizofrenię?

Można powiedzieć, że metodą wielu prób i wielu błędów. Pierwsze leki przeciwpsychotyczne pojawiły się w latach 50. XX wieku. Podawanie ich miało na celu opanowanie pobudzenia, uspokojenia, eliminacji omamów i urojeń, a także zapobieganie nawrotom choroby. Nazywano je neuroleptykami typowymi. Były to pierwsze prawdziwie leki, aczkolwiek obarczone licznymi działaniami ubocznymi. Przede wszystkim stygmatyzowały chorego (nie ruchoma twarz, o martwym wyrazie), ograniczały funkcje poznawcze mózgu (koncentracja, pamięć, umiejętności ruchowe), nie stwarzały możliwości powrotu do aktywnego życia. Leki te, choć tak nie doskonałe, odegrały ogromną rolę w leczeniu psychoz.
Pan profesor Przemysław Bieńkowski kierujący Zakładem Farmakologii Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie atak schizofrenii porównał do wybuchu pożaru. W umyśle chorego powstaje chaos przysparzający mu wiele cierpień. Leki „gaszą” ów pożar, lecz te najstarsze działały zbyt mocno – tłumaczył– gasiły za wiele, przede wszystkim ograniczały funkcje poznawcze mózgu ( pamięć, uwagę, myślenie, postrzeganie). Nie były jednak niepotrzebne, gdyż dzięki temu, że nauczono się uspokajać chorych, zdejmować szczyt wybuchu choroby, można było pójść dalej.
Ta dalsza droga doprowadziła naukowców do opracowania leków drugiej generacji, czyli długodziałających, podawanych w zastrzykach , nie ograniczających funkcji poznawczych mózgu a czasem nawet wzmacniających te funkcje. Stało się to w latach 90. zeszłego wieku. Stanowi przełom w leczeniu schizofrenii.

Leki drugiej generacji o przedłużonym działaniu

Są to leki podawane w domięśniowych zastrzykach co dwa lub cztery tygodnie (refundowane w Polsce), także co trzy miesiące (u nas nie refundowane). W badaniach klinicznych znajdują się już leki działające przez sześć miesięcy.
Jaki jest mechanizm ich działania? Do organizmu uwalnia się stopniowo substancja czynna, identyczna z doustnym lekiem przeciwpsychotycznym. Dzięki temu w surowicy krwi utrzymuje się stałe stężenie leku. Jest to stężenie niższe od stężeń znajdujących się w tabletkach, co zapobiega objawom ubocznym – to jest podstawowa zaleta tych leków. Następna to fakt, ze przyjmuje się je raz na dwa lub więcej tygodni. Pacjent nie musi pamiętać o codziennym łykaniu tabletek. Gdy słyszę o lekach o przedłużonym działaniu, to zaczynam zastanawiać się, czy nie pochodzą one czasem z kart powieści Stanisława Lema albo z apteczki Hogwartu – szkoły czarodziejów, w której uczył się Harry Potter. W podobnym duchu mówił o nich prof. Bieńkowski, aczkolwiek nie uciekał się do porównań z literaturą fantastyczno-naukową. (Przepraszam za te porównania, Panie Profesorze, nie wiem czy one Panu odpowiadają). Podczas konferencji prasowej padło bowiem pytanie, dlaczego chorzy na schizofrenię tak długo (bo od lat 50. kiedy powstały leki pierwszej generacji obarczone licznymi działaniami ubocznymi) czekali na lepszy lek. Pan profesor poprosił wówczas abyśmy wyobrazili sobie molekułę, którą wstrzykuje się w mięśnie na dwa lub więcej tygodni. Pacjent przez cały ten czas używa normalnie tego mięśnia, może się w niego klepać, upadać na niego, uciskać a ta molekuła tkwi niewzruszenie i wydziela substancję leczniczą w takiej dawce, że pozwala na prawidłowe funkcjonowanie mózgu. Nic więcej i nic mniej. Trzeba było czasu i wielkiego postępu w wielu dziedzinach nauki, aby taka molekuła została „zrobiona”.
Ustalenie wielkości dawki leku to kolejny, skomplikowany proces – tłumaczył prof. Bieńkowski, proponując abyśmy sobie wyobrazili np. lek obniżający temperaturę ciała, który działa za długo lub za mocno. Temperatura spada do 37 stopni, potem do 35, następnie jeszcze niżej... co się wtedy stanie z pacjentem? W przypadku leków długo działających stosowanych w leczeniu schizofrenii nie istnieje niebezpieczeństwo przedawkowania. Lek tkwi w mięśniach pośladka i działa na mózg z precyzją szwajcarskiego zegarka. Po dwóch (lub więcej) tygodniach zapas leku wyczerpuje się, wtedy pacjent zgłasza się na następny zastrzyk.
Stałe przyjmowanie leków jest w schizofrenii koniczne, ponieważ mózg stale jest chory. Również wtedy gdy pacjent dobrze się czuje, jego mózg jest chory. Funkcjonuje prawidłowo dzięki lekom. (Podobnie cukrzyk dobrze funkcjonuje dzięki insulinie przyjmowanej jako lekarstwo). W mózgu stale tkwi groźba „pożaru”. Bez leku „zapala się”, co się objawia epizodem psychotycznym, w rezultacie chory wypada z trybu normalnego życia, trafia do szpitala. Jednakże nie jest to jedyna krzywa jaka go dotyka. W trakcie „pożaru” zawsze obumiera część neuronów, czyli zawsze ginie jakaś ilość tkanki mózgowej. Z tej to przyczyny nawroty schizofrenii są tak nie pożądane.
Na temat tego komu podawać leki długo działające trwa nieprzerwany spór między lekarzami, a urzędnikami z NFZ.
Leczenie wczesnych stadiów schizofrenii zaczyna się od stosowania leków atypowych, czyli drugiej generacji podawanych w tabletkach. Leki o przedłużonym działaniu włącza się dopiero wówczas, gdy kuracja tabletkami nie przynosi rezultatu. NFZ musi od lekarza otrzymać wyczerpującą dokumentację uzasadniającą zastosowanie leku o przedłużonym działaniu. Lekarze mówią, że obwarowań wymaganych przez NFZ (i papierkowej roboty) jest za dużo. Lekarz prowadzący powinien mieć więcej swobody w podejmowaniu decyzji co do sposobu leczenia. Tymczasem musi gromadzić dokumentację, potwierdzającą koniczność zmiany terapii. Trwa to, często, za długo. Pacjent ma już za sobą kolejne nawroty choroby, a każdy nawrót (jak już pisałam) jest niebezpieczny dla komórek mózgu. Zwłaszcza młodzi ludzi, u których wystąpiła właśnie schizofrenia powinni wcześniej niż obecnie, uzyskiwać prawo do leczenia najnowszymi preparatami. Dlaczego oni? Gdyż choroba jeszcze nie wyrządziła im trwałych szkód, to po pierwsze, a po drugie młodzi najczęściej przerywają leczenie, gdy poczują się lepiej. Tak mocno pragną być zdrowi, tak bardzo dokucza im konieczność codziennego łykania pigułek, że rezygnują z nich. Myślą: może choroba nie wróci, może już jestem od niej wolny. Zapominają łatwo, a może nawet chcą zapomnieć, że leki przeciwpsychotyczne nie działają doraźnie. Ich efekt odczuwalny jest dopiero po dłuższym stosowaniu i znika, gdy się samowolnie przerwie kurację. Leki te trzeba przyjmować długo, w niektórych przypadkach przez całe życie.

Komu grozi schizofrenia?

Potocznie mówi się, że schizofrenia jest dziedziczna. W „Nie tracę siebie w schizofrenii” przeczytałam, że schizofrenia jest dziedziczona tylko w „pewnym sensie”. Ponieważ czynniki genetyczne są związane z kilkoma genami. Jakimi? Jeszcze do końca nie wiadomo. Ale nawet wtedy, gdy poznane zostaną wszystkie czynniki genetyczne, to nadal w powstaniu schizofrenii u konkretnej osoby ważne będą inne czynniki. Choroba rozwija się bowiem wtedy, gdy człowiek ma skłonność do niej (odziedziczona lub nabytą w życiu okołoporodowym) i gdy na tę skłonność nałoży się „czynnik wyzwalający”, czyli przeważnie silny stres (sesja egzaminacyjna, zawód miłosny, wypadek w rodzinie, każde inne niepowodzenie życiowe) a także narkotyki.

Jakie jest prawdopodobieństwo odziedziczenia schizofrenii?

W publikacji „Nie tracę siebie w schizofrenii” przedstawione ono zostało następująco:
*Jeśli nikt w naszej rodzinie nie chorował na schizofrenię to ryzyko, że my zachorujemy wynosi 1:100.
*Jeśli schizofrenię miał brat, siostra, ojciec lub matka (a my nie) to ryzyko, że nasze dziecko zachoruje w przyszłości wynosi 1:30.
*Jeśli ktokolwiek z rodziny cierpi lub cierpiał na schizofrenię ale przekroczyliśmy już 30 rok życia, to ryzyko, że my również zachorujemy jest niewielkie.
*Jeśli to my cierpimy na schizofrenię, to ryzyko, że nasze dziecko też zachoruje wynosi 1:10.
*Jeśli oboje rodzice chorują to ryzyko zachorowania ich dziecka wynosi 1:40.
Inne przyczyny schizofrenii mogą powstać w trakcie rozwoju ośrodkowego układu nerwowego. Może dojść wtedy do błędów, które sprawiają, że człowiek jest wrażliwy na czynniki wywołujące schizofrenię. Może to być infekcja w czasie ciąży, trudności podczas porodu, urazy.
Początek choroby objawia się najczęściej u osób w drugiej i trzeciej dekadzie życia. Im później choroba zostanie rozpoznana tym trudniej ją leczyć. W przypadku nastolatków pierwsze objawy psychozy mogą być mylone z ich dziwnym czasem zachowaniem w okresie dorastania. Rozpoznanie zawsze utrudniają narkotyki oraz dopalacze, a także alkohol.
Na zakończenie Konferencji zapytałam, w jakim stopniu seniorom grozi zachorowanie na schizofrenię. Otrzymałam same dobre wiadomości. Po czterdziestce rzadko kto zaczyna chorować na schizofrenię, ponadto im później wystąpi pierwszy atak choroby tym łagodniejszy ma ona przebieg. Poza tym dano mi taktownie do zrozumienia, że w wieku 60 i więcej lat mózg może szwankować z tak wielu powodów, że o schizofrenię można się nie martwić. Można też zapomnieć o istnieniu takiej choroby, łącznie z innymi licznymi słowami. Najważniejsze jest to, aby zawsze nosić przy sobie wizytówkę z własnym nazwiskiem, adresem i telefonem „do przyjaciela”, najlepiej dużo młodszego od nas.
Tekst: Zofia Zubczewska
Zdjęcia: Stefan Zubczewski i pixabay