Barką po Brandenburgii Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
środa, 06 października 2010 12:15

Barką po Brandenburgii

 

Tak, to już nasza piąta wyprawa barką. Popłynęliśmy nią po kanałach i jeziorach Brandenburgii. Brandenburskie pojezierze różni się od naszych Mazur tym, że na wodzie brakuje jednak żagli.
Spotkaliśmy zaledwie jeden jacht, a poza nim turystyczne łodzie motorowe, kajaki i …liczne tratwy z silniczkami.
 
alt alt alt
Tratwa dla wędkarzy... ...dla zakochanych... ...i taka gdzie było przyjęcie imieninowe

 

 Firma Locaboat Holidays, w której wynajmujemy (za pośrednictwem jej polskiego przedstawiciela – firmy Punt - www.barki.pl ) barki, ma swoje bazy w całej Europie. Pływaliśmy już z Locaboatem  po Francji (trzy razy), po Irlandii  (raz) w tym roku wybraliśmy Niemcy i port Fürstenberg położony około 100 km na północ od Berlina, a od Szczecina dużo bliżej, niż nasze Mazury od Warszawy.

Dlaczego właśnie Niemcy? Bo jeszcze nie pływaliśmy po tym kraju, bo nasz port wyjścia położony jest tak blisko Polski, że w ciągu jednego dnia można doń dojechać samochodem z Warszawy, bo nie chciało nam się już lecieć gdzieś daleko samolotem po ostatnich przygodach związanych z wybuchem wulkanu na Islandii.

Zatem wyruszyliśmy z warszawskiego Ursynowa w sobotę o szóstej rano trasą na Poznań. Musieliśmy przejechać blisko 700 km w takim tempie, aby zdążyć przed osiemnastą, czyli godziną, do której czynny jest kapitanat w porcie. Udało nam się bez problemu, choć najwolniej szło nam wyjeżdżanie z Warszawy (mimo, że był wczesny sobotni poranek), i dotarcie do poznańskiej autostrady. Drogi w Niemczech (choć to jeszcze niedawne NRD) to niestety zupełnie inna bajka niż trasy w Polsce. Naprawdę aż przykro, że tak wielkie są różnice w ich jakości.

Pierwsze wrażenia

Fürstenberg okazał się sympatycznym malutkim miasteczkiem. Dobrze urządzona marina, miłe przyjęcie i przemiła rozmowa z panem, który pracuje w Locaboat i któremu podlega baza tejże firmy w Mikołajkach.

alt alt alt
Marina w Furstenbergu  Furstenberg ryneczek  Penichetka podobna do naszej

 

Usłyszał, że jesteśmy z Polski, podszedł do nas, zagadnął i zaczął opowiadać jak turyści ze Szwajcarii (ci najczęściej wynajmują te barki) zachwycają się Polską. – Przyjeżdżają pełni obaw – mówił – że brudno, biednie, niebezpiecznie. Tymczasem wszystko jest super, a nawet bardziej, bo jedzenie jest prawdziwe. Gdy zamawiasz kaczkę, dostajesz kaczkę, a nie jakiś ersatz. Polska kuchnia jest bardzo smaczna. Po prostu nie ma niedobrych potraw. Przyjemnie się tego słuchało.

W niedziele rano wypłynęliśmy w nasz rejs. Trasa wiodła nas na północ, w kierunku Mecklenburgii, korytem rzeki Havel, która w niektórych Polskich atlasach występującej jako Hawela.

alt alt alt
Kapitan DarkoPolo (Darek Żebrowski) płynie na środek jeziora... ...gdzie zażyliśmy kąpieli... ...by potem spokojnie napić się winka.

 

Rzeka łączy liczne jeziora: większe i mniejsze, czasem odchodzą od niej kanały. Wszystko to tworzy sieć szlaków wodnych, którymi można dopłynąć do Berlina i nie tylko. Havel jest jedną z głównych rzek Brandenburgii, właściwie przepływa przez centrum tej krainy, która (ku naszemu zaskoczeniu) bardzo przypomina Mazury.  Podobne lasy, choć u nas więcej jest sosen, a tam drzew liściastych, te same zarośnięte trzciną brzegi, a na wodzie nenufary i grążele. Ale nie ma bindug na wysokich brzegach (bo nie ma takich brzegów) i prawie nie ma żaglówek. Po Brandenburgii pływa się łodziami motorowymi i kajakami, może dlatego, że tamtejsze jeziora są wąskie i długie, pooddzielane śluzami, połączone kanałami, nad którymi biegną mosty. A w śluzach i pod mostami trzeba kłaść maszt na żaglówce, co jest dosyć uciążliwe.

Brandenburskie specjalności

Płynęliśmy w kierunku największego jeziora - Muritz, mającego 20 km długości. Wiało jednak tak mocno, że musieliśmy zmienić plany. Przy silnym wietrze barki nie są wpuszczane na Muritz. Zboczyliśmy zatem z głównej trasy, wpływając na kanały bardziej „prowincjonalne”.  Dzięki temu „odkryliśmy” dwie specjalności Brandenburgii. Pierwsze to domki na wodzie. Brzegi wielu jezior zajęte są przez małe domy wybudowane na palach i pływakach. Stoją one ściana przy ścianie, na brzeg prowadzą pomosty, zupełnie jak w Tajlandii. Domki są różne: bardzo zadbane i umajone kwiatami po rozpadające się. Nie wyglądają brzydko. Jednak hangary na łodzie, budowane tak jak wspomniane domki jeden przy drugim na brzegu zdecydowanie szpecą krajobraz.

alt alt alt
Liczne domki na palach... ...garażo - domki... ...oraz domki na pływakach.

 

Są to niestety ohydne szopy sklecone z byle czego (blachy falistej) przykryte jakimś eternitem czy podobnym świństwem. Odnosiło się wrażenie, że zaśmiecają najpiękniejsze zatoczki.

Druga specjalność, która nas po prostu urzekła, to pływające tratwy. Są różnej wielkości od takiej, na której może zmieścić się kilkanaście osób (widzieliśmy przyjęcia urządzane w gronie mieszanym lub tylko męskim) po dwuosobowe. Wyglądają jak kawałek pomostu otoczony płotkiem z bali i przykryty drewnianym daszkiem. Tratwy mają prysznic (woda ogrzewana jest gazem z butli) i zmyślny kibelek. Odchody wpadają do woreczków plastikowych i są automatycznie foliowane w schludne pakuneczki. Przyjemność pływania na czymś takim nie jest wcale tania: 120 euro za dzień na tratwie, która ma cztery miejsca do spania (dwie koje i dwa hamaki).

Wioski i miasta

Największym miastem na naszej trasie był Neustrelitz z wygodną, pachnącą świeżością mariną i  odnawianymi ulicami. Ulice biegły pod górę  i schodziły się gwiaździście na głównym placu, który był jednocześnie rondem.

alt alt alt
Marina w Neusterlitz Rynek w Neusterlitz Jedna z głównych ulic Neusterlitz

 

Centrum tego ronda było wybrukowane, a na samym środku wprost z kamieni wytryskała fontanna. W mieście tym zrobiliśmy niewielkie zakupy ciuchowe, generalnie jednak nie trafialiśmy na nic czego nie byłoby w Polsce.

Miastem najbardziej zabytkowym, by tak rzec, było Rheinsberg słynące z pałacu i parku opisywanych jako najpiękniejsze przykłady architektury krajobrazowej w Prusach. Pałac był letnią rezydencją księcia Fryderyka Wiliama III i jego żony Luizy. Zachowały się w nim oryginalne meble oraz bardzo cenne drukowane i malowane tapety charakterystyczne dla dekoracji dziewiętnastowiecznych wnętrz. W obu tych miastach mariny znajdują się właściwie w śródmieściu, tak że do wszystkich najważniejszych dla turysty miejsc jest bardzo blisko.

 

alt alt alt
Pałac w Rheinsbergu Często zwiedzaliśmy sklepy z winem, gdzie ciężko było znaleźć coś droższego niż 2 euro za butelkę :) Wesenberg, malutka miejscowość gdzieś na naszej trasie. Pusto jak wszędzie...

 

A jak jest na wsi? Na brzegach i na polach nie widać było pojedynczych gospodarstw. Nie spotkaliśmy też żadnej wiejskiej zagrody. Na wsi ludzie mieszkają w domach schludnie ustawionych wzdłuż ulic. Niektóre z tych domów zamienione już zostały w pensjonaty, ale nie jest ich tak wiele jak na Mazurach. Mniej jest też sklepów, a prawie całkiem nie ma małych sklepików czy przydrożnych straganów. 

alt alt alt
Marina w miejscowości Zechlin nad jeź.Schwarzensee Były też urokliwe domki jak te... ...nad Schwarzensee

 
Dosyć często trafialiśmy na sklepy ogrodnicze. Odwiedziliśmy nawet taki sklep znajdujący się przy klasztorze (w Lychen nad jeziorem Lychensee)). Nakupowaliśmy tam dziwnej dziewanny o karbowanych liściach i jeszcze dziwniejszych ziół. Na razie wszystko to rośnie w naszych ogródkach, nie wiadomo jednak czy przetrzyma polską zimę.

Jedzenie i picie

Dosyć dużo gotowaliśmy na barce. Miała ona bardzo wygodnie urządzoną i wyposażoną kuchnię. Z Polski przywieźliśmy gołąbki i zapeklowaną karkówkę – oto zalety podróży samochodem. Po zjedzeniu tych zapasów robiliśmy zakupy w mijanych miejscowościach. Nie było z tym żadnych problemów. Ceny porównywalne z polskimi, a wędzone ryby, zwłaszcza węgorz nawet sporo tańsze. W miejscowości Zechlin, pięknie położonej nad jeziorem Schwarzem See w porcie trafiliśmy na rybną restauracyjkę, a w niej właśnie na wędzone ryby. Kilogram łososia (nie przesolonego) kosztował  osiem euro, a węgorza – 18. Oczywiście kupiliśmy.

Smakowało nam pieczywo (polecam chleb pieczony z dodatkiem ziemniaków), świetnie przyrządzane mięso do upieczenia czy usmażenia w domu (zwłaszcza mielone). Nabiał, warzywa, owoce w pełnym wyborze, dobrej jakości. A jak ktoś chciał poczuć się całkiem swojsko mógł zrobić zakupy w Lidlu – takim samym jak w Polsce.

Mnie osobiście tego rodzaju podobieństwa nie odpowiadają. Zagranica kojarzy mi się z czymś, czego nie ma u nas w domu. Wszędzie gdzie jestem szukam tych odmienności. Mogę powiedzieć, że odmiennością niemiecką okazały się…wina reńskie i mozelskie, zwłaszcza białe. Są przepyszne, lekkie, ”damskie”, a w dodatku śmiesznie tanie, po około dwóch euro za butelkę.

alt alt alt
Często gotowaliśmy na barce - najtaniej Jadaliśmy w barach szybkiej obsługi - tanio Czasem w restauracjach - drogo

 


Próbowaliśmy też jedzenia w restauracjach – nie jest ono złe, w ogóle niemiecka kuchnia jest nawet smaczna, ale czasem drogia i „przefajnowane”, np. kiełbasa czy zwyczajny kotlet wieprzowy musi być obłożony różnościami, których się człowiek nie spodziewa, nie oczekuje ich i przeważnie nie zjada ale za nie płaci. Równie smaczny jest ten sam kotlet czy gulasz zupa kupione w barze szybkiej obsługi. W nim też można sobie wybrać dodatki (sałatki) jakie komu odpowiadają za marne grosze. Za pełnowymiarowy obiad z piwem w takim barze dla pięciu osób zapłaciliśmy 26 euro, a za podobny, o wiele skromniejszy w restauracji ponad 60.

Tekst -Zofia Zubczewska 

Zdjęcia – Stefan Zubczewski

 

Warto wiedzieć

O drogach: Wmawia się nam że drogi powinny spełniać wymogu UE i mieć po bokach głębokie rowy i oddalone o kilka metrów drzewa które rzekomo wpadają na samochody. Jakoś w RFN – ie nie zauważyliśmy tego. Rowów jak na lekarstwo i jeśli to płytkie, a drzewa rosną prawie dotykając asfaltu. Jakoś tam nie rzucają się one na samochody. Są natomiast znaki ostrzegające przed taką możliwością, a Niemcy jako naród zdyscyplinowany stosują się do zaleceń.

O barce: Barka to wygodny stateczek nie wymagający uprawnień do jej prowadzenia. Na „okręcie” tym są ubikacje (WC) prysznice i w pełni wyposażona kuchnia z obszerną lodówką. Napędzane są silnikami diesla które przyjemnie mruczą podczas rejsu. Prowadzi się te jednostki nader łatwo. Firma Locaboat posiada w swej ofercie pełną ich gamę. Od małych – 4 osobowych po 10 – cio osobowe. Nazywają się Penichettes i mają symbole związane z długością. I tak np. 1500FB ma 15 m długości. To ta największa. Pełna ofertę zobaczyć można na stronie polskiego przedstawiciela firmy Locabote – PUNT - www.punt.pl, a na wszelkie zapytania otrzymacie odpowiedź pisząc maila pod adres Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. lub dzwoniąc pod nr.telefonu 22 4468380

Co i za ile: Barkę wynająć można jw. Ceny w zależności od miesiąca i wielkości barki – różne ( patrz www.punt.pl lub www.barki.pl ) . Ceny art. spożywczych w sklepach – marketach „Netto”  (tam zaopatrywaliśmy się) w zasadzie takie jak u nas. Niektóre tańsze, niektóre droższe (minimalnie). Piwo i wino zdecydowanie tańsze. Tańsze też ryby wędzone kupowane bezpośrednio w gospodarstwach rybnych. Za postoje w niektórych marinach płaci się i to czasami nie mało. W jednej z nich nocleg kosztował nas 30 euro. W cenie był prysznic i WC a najśmieszniejsze że płaciło się za „parking” za każdy metr długości łodzi 1 euro. Nasza miała symbol 1165 czyli 11,65 metra a więc 11,65 euro. Co do centa…Wina Spaetlese Reńskie – 1,59 euro za butelkę o,7. Czerwone francuskie Merlot 2,2 euro za butelkę o,7. Jeśli chcecie tanie jedzonko to tylko w supermarketach, bo już w małych sklepach, te same artykuły potrafią być droższe nawet o 30%. Jeść w restauracjach? Tak ale nie tych „wypasionych”. Są bary w marinach i miasteczkach, coś w rodzaju naszych tzw.: „szybkiej obsługi”. Jest smacznie i tanio.

 

 

Poprawiony: wtorek, 07 stycznia 2014 14:09