Wycieczka do Wrocławia Drukuj Email
Wpisany przez Zofia Zubczewska   
środa, 09 listopada 2016 11:17

Wycieczka do Wrocławia


Trwała od 6 do 9 czerwca 2016 roku. Poniedziałek i wtorek spędziłyśmy we Wrocławiu. We środę wyjechałyśmy do zamku w Książu (nocleg), zwiedzając po drodze Wojnowice, Lubiąż, Jawor i Krzeszów. We czwartek (9.VI) z Książa przez Świdnicę wróciłyśmy do Warszawy.


 

Jakoś nie mogłam zabrać się do opisu naszej tegorocznej babskiej wyprawy, mimo że była nadzwyczaj udana; choć koleżanki pytały kiedy to zrobię.
- Przecież Basia ułożyła perfekcyjny plan wycieczki i przypilnowała byśmy wykonały go co do joty – przypominały mi. – Bożenka zaś zawiozła nas wszędzie swoim samochodem, bez słowa skargi. Przyznasz Zosiu, że szkoda, by tego rodzaju dokonania minęły bez śladu na papierze.
- Tak, przyznaję - odpowiadałam zawstydzona - lecz ciągle brakuje mi czasu, jak to na emeryturze.
Na szczęście nadeszła upiornie deszczowa w tym roku jesień, mogłam więc zasiąść do pisania. Kto więc ciekaw nich czyta, jak pięć przyjaciółek zwiedzało Wrocław i jego okolice. Dla mnie ta wyprawa była w całości prawdziwie odkrywcza, gdyż nigdy wcześniej nie zwiedzałam Wrocławia. Moja relacja nie jest przewodnikiem turystycznym, lecz zapisem wrażeń. Jedynie miejscom, które szczególnie mnie zaciekawiły poświęciłam więcej miejsca.


Poniedziałek
Wyruszyłyśmy z Warszawy o dziewiątej rano, żegnane przez naszych mężów, którzy zamiast rozpaczać z powodu rozłąki z żonami umówili się na męski wieczór z golonką i piwem. My tymczasem pojechałyśmy trasą katowicką. Na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego skręciłyśmy w stronę Łodzi, aby z autostrady A1 wjechać na nowo budowaną drogę ekspresową S8. Trzeba było trochę pokluczyć i postać w korkach lecz warto było. S8 jedzie się cudownie. Co jakiś czas mijałyśmy MOP-y czyli Miejsca Obsługi Pasażerów, wyglądające bardzo zachęcająco. Zaplanowałyśmy więc, że za jakiś czas, jeszcze przed Wrocławiem zatrzymamy się w mijanym akurat MOP-ie na kawę z przekąską. Niestety, okazało się, że w MOP były już stacje benzynowe, były toalety oraz pięknie ułożone chodniki ale barów brakowało. Możliwe, że teraz w listopadzie, zostały już uruchomione, żyjemy przecież w dobie „dobrej zmiany”, której wypada się spodziewać każdego dnia. Do Wrocławia dotarłyśmy około 14.00. Basia zarezerwowała nam pokoje w hotelu Ibis (zapłaciłam 186 zł za dwa noclegi), gdzie spotkałyśmy członków Orkiestry i Chóru Męskiego Filharmonii Narodowej. Basia tak bowiem wybrała termin naszej wyprawy, abyśmy mogły pójść do Narodowego Forum Muzyki na koncert. We wtorek więc czekała nas uczta duchowa - pierwszy akt opery „Tristan i Izolda” Richarda Wagnera, wystawiany w formie koncertu symfonicznego.
Koło hotelu znajdował się przystanek tramwajowy, z którego prowadziły trasy we wszystkie miejsca, jakie Basia wybrała do zwiedzenia. Dobrze zna ona Wrocław i jego okolice. W przeszłości bywała tu na różnych szkoleniach oraz zjazdach. Jako geodeta oraz kartograf odbierała i sporządzała przeróżne dokumentacje, szkoliła i była szkolona chyba we wszystkich polskich zamkach, w których odbywają się kursokonferencje.
W automacie na przystanku kupiłyśmy bilety całodobowe ulgowe po 5.50 zł sztuka i ruszyły w stronę Rynku. Miasto zrobiło na mnie przyjazne wrażenie. Jest, pogodne, jasne. Na każdym kroku natykałyśmy się na coś przyjemnego, a zaczęło się od tego, że w tramwaju młodzież ustąpiła nam miejsca. Potem, już po wyjściu z tramwaju, natknęłyśmy się na „Starą Pączkarnię” z pączkami smażonymi na poczekaniu i nadziewanymi wszystkim czym można nadziać pączek. Zrobiłyśmy sobie przy „Pączkarni” przystanek.
- Wiecie, że patrzą na nas wrocławskie krasnale – powiedziała Basia, gdy znów ruszyłyśmy ku Rynkowi.
- Krasnale? Jakie krasnale?
- Współcześnie powstała ozdoba miasta oraz najnowszy jego symbol – wyjaśniła Basia.
Pierwszego krasnala zobaczyłam koło przejścia poziemnego na ul. Świdnickiej. Stoi tam grubas w długiej szacie czyli Papa Krasnal. Po nim co parę metrów mijałyśmy krasnala: Pierożnika - trzymającego na widelcu pieróg, Syzyfków dwóch, z których jeden pcha kulę, a drugi ją podnosi (rzeźba Tomasza Moczka), Inwalidka na wózku inwalidzkim itd. Jako Warszawianka szczerze zazdroszczę Wrocławianom tak zręcznego symbolu promującego ich miasto. Napiszę więc o krasnalach kilka słów.
Pierwsze dwa krasnale „narodziły się” w nocy 30/31 sierpnia 1982 roku w postaci graffiti. Namalował je Waldemar „Major” Fydrych, twórca „Pomarańczowej alternatywy. Po nich pojawiały się następne antykomunistyczne krasnale, malowane przez różne osoby na plamach białej farby, którą władze PRL-u zamazywały hasła antysocjalistyczne wypisywane na murach. Po upadku PRL krasnale poszły w zapomnienie aż do roku 2005, gdy rzeźbiarz Tomasz Moczek odlał z brązu pięć figurek i postawił w różnych miejscach miasta, np. wspomniane już Syzyfki przy ul. Świdnickiej czy Pracz Odrzański nad Odrą. Od tej chwili krasnale wrocławskie zaczęły pojawiać się pod postacią niewielkich figurek. Robią to ciągle.
– We Wrocławiu mówi się – poinformowała nas Basia – że krasnale zostały porwane ze strefy politycznej do strefy promocji miasta. Dzisiaj są symbolami Wrocławia oraz patronami różnych imprez miejskich.
W Centrum Informacji Turystycznej na Rynku (obok spotkałam krasnala Turystę z mapą w ręku, a kawałek dalej na parapecie restauracji „Spiż” zobaczyłam krasnala Gołębnika, dosiadającego gołębia) kupiłam „Krasnoludkowy Plan Miasta” z zaznaczonymi prawie wszystkimi krasnalami (jest ich już 300 i ciągle powstają nowe). Mając taki plan można zwiedzać najważniejsze miejsca Wrocławia, idąc od krasnala do krasnala.
Pokręciłyśmy się wokół Ratusza, poszłyśmy na herbatkę, która nam się należała po pączkach, nacieszyły oczy kamieniczkami, zrobiły sobie zdjęcia przy fontannie obok Życzliwka i udały w kierunku rotundy, w której znajduje się „Panorama Racławicka”. Miałyśmy wykupione (przez internet oraz Basię) bilety wstępu (kosztowały 23 zł za sztukę) na godzinę 18.00. Basia poprowadziła nas ulicą Kotlarską obok przedziwnego pomnika, Pomnika Pamięci Zwierząt Rzeźnych. Składa się on z figur kilku zwierząt hodowlanych naturalnej wielkości, odlanych z brązu. Widać, że wszystkie figury są często głaskane w podzięce za mięsko jakiego nam dostarczają.
Uważam, że nie można być we Wrocławiu i nie widzieć „Panoramy Racławickiej”. Oglądaniu towarzyszy potrzebna ale nie nachalna prelekcja. Trwa 30 minut, które mijają nie wiadomo kiedy.
Do hotelu wróciłyśmy przed godziną 22. Zatrzymałyśmy się w barze, chcąc przed udaniem się na spoczynek, wyciszyć emocje jakich dostarczył nam miniony dzień. A w barze zamieszanie. Barmanowi trzęsą się ręce.
- Co się stało? - Pytamy dyskretnie. - Będzie jakiś problem z naszym zamówieniem?
- Ależ nie – on na to. - Wszystko natychmiast podamy. Przepraszam. Powinienem lepiej panować nad sobą.
- Och, proszę się nami nie przejmować – mówimy, ale co raz bardziej chcemy dowiedzieć się co zaszło. – Każdemu zdarzają się trudne chwile...Rozumiemy to...Nie musi się pan tak bardzo spieszyć...
- Chodzi o Hiszpanki – szepnął wreszcie barman, stawiając przed nami kieliszki. – Cały autokar. Wypiły wino i wyszły nie zapłaciwszy rachunku.
Poszedł po orzeszki i wodę, a Mała Halinka, która zawsze wszystko pamięta zanuciła : „Portugalczyku jak nóż bezlitosny, naciąłeś dziewcząt jak róż w kraju sosny; że tylko szept z tobą szedł słów jak liści, nie uiści, nie uiści.”
Oczywiście, natychmiast rozpoznałyśmy piosenkę z Kabaretu Starszych Panów o Portugalczyku, który wykorzystał warszawską dziewczynę.
- Halinko – upomniałyśmy ją lekko karcącym tonem – przecież to Hiszpanki nie uiściły. Portugalczyków tu nie ma.
- Wiem, ale przyznacie, że sytuacja przedstawiona w piosence jest podobna do tej tutaj – przekonywała nas Halinka. - Portugalczyk Osculati skonsumował i nie uiścił, podobnie jak te Hiszpanki.
Żal nam było barmana. Być może będzie musiał zapłacić za drinki całej wycieczki obcych Hiszpanek. Nie było to dla niego dobre zakończenie pracowitego dnia. Może Hiszpanki go oszukały, a może myślały, że koszt drinka jest wliczony w koszt wycieczki. Nigdy się nie dowiemy, jaka tam zaistniała niejasność.
- Jednak w tekście Jeremego Przybory wszystko jest jasne – przypomniała Małej, Duża Halinka. – Jego Portugalczyk był skąpy, lecz uczciwy. Pamiętacie początek tej piosenki?
Jasne. Nachyliłyśmy się do siebie nad blatem stolika i zanuciły cichutko: „ W tym ogrodzie za Książęcą zmącił duszę mą dziewczęcą, potem ciało zawiózł śmiało na Frascati. Tam, gdy z radia płynął walczyk wykorzystał Portugalczyk mnie ze szczętem: Vincento Osculati. A kiedy wschód zaczął ciut złocić kwiaty, powiedział mnie twardo że: nie zaplati”.
Ech, wspomnienia. Dobrze się je snuje w gronie przyjaciółek, które rozumieją się w pół słowa.


Wtorek
Ten dzień Basia zaplanowała nam „na nogach” i „na mieście”. Zaczęłyśmy od zwiedzania Uniwersytetu Wrocławskiego, a konkretnie dwóch jego zabytkowych sal: Oratorium Marianum i Auli Leopoldyńskiej, bilet wstępu kosztował 16 złotych, dla emerytów nie było zniżki. Sale te opisywane są jako wyjątkowy, bo świecki zabytek późnego baroku, powstałe w latach 1728 – 1732 na cześć cesarza Leopolda I Habsburga, fundatora Uniwersytetu. Wrocław pozostawał już wtedy (od 1526 roku) pod panowaniem monarchii Habsburgów i przeżywał swój rozkwit. Sale są przepiękne, zwłaszcza Leopoldyńska. Mimo natłoku rzeźb, stiuków, malowideł, posągów sprawiają wrażenie ciepłych i przytulnych. Można w nich siedzieć godzinami. W Auli Leopoldyńskiej zagapiłam się na malowidła umieszczone na suficie między oknami, przedstawiające kobiety o bujnych kształtach. Przeczytałam, że są to alegorie Siedmiu Sztuk Wyzwolonych, czyli umiejętności stanowiących podstawę wykształcenia w starożytności oraz w średniowieczu. Dowiedziałam się, że w gronie Siedmiu Sztuk jest muzyka zaliczana do nauki o liczbach – zaskoczyła mnie ta wiadomość. Zatem kilka słów o Sztukach...
Siedem Sztuk dzieli się na dwie mniejsze grupy: Trivium obejmujące gramatykę, logikę i retorykę, oraz Quadrivium czyli naukę o liczbach, dzielącą się na 4 podgrupy, które chyba można nazwać współcześnie przedmiotami szkolnymi. Alegorie Quadrivium znalazłam po prawej stronie Auli. Są to arytmetyka, która zajmuje się liczbami jako takimi; geometria ujmująca liczby w przestrzeni; astronomia rozważająca liczby w ruchu i przestrzeni oraz MUZYKA czyli nauka o liczbach rozwijanych w czasie. Ciągle pozostaję pod wrażeniem tak nieoczekiwanej dla mnie jej definicji muzyki. Urzekła mnie ona.
Z Uniwersytetu udałyśmy się na Ostrów Tumski, wyspę na której Ślężanie w VI wieku wznieśli pierwsze osiedle, stanowiące prapoczątek Wrocławia. Jest tam mnóstwo zabytków, głównie sakralnych. Trzeba rozsądnie je wybierać do zwiedzania, by uniknąć przesytu. Nad Ostrowem góruje Katedra Wrocławska pw. Św. Jana Chrzciciela (gotyk). Basia wywiozła nas windą na 100-metrową wieżę Katedry (bilety ulgowe po 4 zł), z której obejrzałyśmy sobie panoramę miasta.
Miejscem, w którym zatrzymałyśmy się na dłużej była Hala Stulecia i jej otoczenie, gdzie wszystko jest wyjątkowe, unikatowe i w ogóle naj. Po pierwsze sama Hala która została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako wybitne, pionierskie dzieło XX wieku. Znajduje się ona w otoczeniu Parku Szczytnickiego, jednego z największych w Europie. Przed Halą posiedziałyśmy przed Wrocławska Fontanną Multimedialną - największą w Polsce. A po przerwie na kawę przeszłyśmy do Ogrodu Japońskiego, założonego przez japońskich mistrzów ogrodnictwa, opisywanego jako unikalny w Europie żywy fragment japońskiej kultury.
Po tym wszystkim naprawdę zgłodniałyśmy. Basia zarządziła więc powrót na stare miasto na obiad, a po nim przerwę rekreacyjną w hotelu przed wyruszeniem na „Tristana i Izoldę” do kolejnego, wyjątkowego i jedynego w Polsce miejsca - Narodowego Forum Muzyki. Gmach Forum wzniesiono w latach 2008-2015 na Placu Wolności. Jest on tak doskonale przystosowany do wykonywania i słuchania muzyki, że głowa mała.

Środa
Po śniadaniu we środę opuściłyśmy Wrocław. Ruszyłyśmy w kierunku Książa. Tuż za Wrocławiem Basia przypomniała sobie, że przejeżdżać będziemy opodal Wojnowic, małej wsi, w której znajduje się Zamek na Wodzie. Wstąpiłyśmy tam na drugą, poranną kawę, a po niej ruszyłyśmy  przez Lubiąż, Jawor i Krzeszów. Podróżowało nam się przyjemnie po dobrych drogach, w ładną pogodę. Basia wybrała nam naprawdę ciekawe miejsca. Lubiąż z jego zabudowaniami po największym na świecie opactwie cystersów, dźwigającym się ze zniszczeń jakie powstały podczas drugiej wojny światowej i PRL-u. Krzeszów z bazyliką – perłą śląskiego baroku i wreszcie Jawor z Kościołem Pokoju. Pierwszy raz zobaczyłam taki Kościół. Jestem taka ciemna, że nie wiedziałam iż takie kościoły istniały. Jakie to szczęście, że jestem już na emeryturze i mogłam wzbogacić swoją wiedzę.
Były na Śląsku trzy Kościoły Pokoju. Jeden się spalił, zostały dwa. Przyjechałyśmy do jednego z nich, w Jaworze. Wzniesiony został pod koniec XVII wieku, gdy katolicki cesarz Ferdynand III Habsburg przyznał prawo śląskim luteranom do wybudowania trzech świątyń. Musiały one spełnić szereg warunków. Miedzy innymi ich wygląd nie mógł przypominać tradycyjnej świątyni, musiały być wybudowane z nietrwałych materiałów (glina, słoma, drewno) ich budowa mogła trwać tylko rok. Mimo tak drastycznych ograniczeń powstały trzy największe drewniane budowle o funkcjach religijnych. Mają po ponad 1000 metrów kwadratowych powierzchni, mieszczą 6000 osób (w Jaworze) i 7500 (Świdnica)). Rzeczywiście nie przypominają świątyni ale ogromny dom o konstrukcji szachulcowej. Znajdują się na liście dziedzictwa UNESCO.
W Jaworze opodal Kościoła jest restauracja w której zjadłyśmy smaczny, nie drogi i bardzo obfity obiad. Wczesnym wieczorem dotarłyśmy do zamku w Książu, gdzie Basia zarezerwowała nam nocleg.
Czwartek
Rano ustawiłyśmy się w kolejce po bilety do zwiedzania zamku oraz jego ogrodów. Wnętrza zamku nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia, lecz ogrody wokół murów zamkowych utkwiły mi w pamięci. Są bardzo ładnie zaprojektowane i utrzymane. Spacer po nich trwa godzinę. Basia czuła się tam jak u siebie, gdyż oczywiście była kilka razy w zamku na kursokonferencjach.
Z Książa rozpoczęłyśmy powrót do Warszawy. Pojechałyśmy przez Świdnicę, aby zwiedzić tamtejszy Kościół Pokoju (różni się od tego w Jaworze). Potem zamierzałyśmy obejrzeć miasto lecz za murem otaczającym kościół natknęłyśmy się na kawiarenkę, w której serwowano szarlotkę na ciepło.
- Czy nie sądzicie, że już bardzo dużo zwiedziłyśmy? – odezwała się Duża Halinka, przystając przed drzwiami kawiarenki. – Nie ma sensu przesadzać z tym zwiedzaniem.
- Ja chyba też wolę szarlotkę niż zwiedzanie – zauważyła Bożenka. – A pozostałe dziewczęta, co wolą?
Pozostałe dziewczęta bez słowa skręciły do kawiarni.
Zwiedzanie jest ciekawe, lecz im człowiek jest starszy tym bardziej ceni sobie umiar.
W kawiarence dyskutowałyśmy o tym, które z odwiedzonych miejsc wydało nam się najbardziej urocze. Ogród Japoński we Wrocławiu, gdyby było w nim mniej turystów, orzekła Bożenka. A ja powiedziałam, że Zamek na Wodzie w Wojnowicach. Zobaczyłyśmy tam zgrabną, niedużą budowlę otoczoną fosą oraz ogrodem. Wybudowano ją w XV wieku jako siedzibę rycerską. Zamek przeszedł różne koleje losu mimo to przetrwał do naszych czasów w całkiem dobrej kondycji. Dzisiaj można tam urządzić wesele, konferencję, przyjechać na odpoczynek lub zatrzymać się na godzinkę, by na wewnętrznym dziedzińcu napić się kawy, co właśnie uczyniłyśmy we środę.

Natomiast po kawie w Świdnicy, wpadłyśmy na trasę S8 prowadzącą nas do domu. Powrót minął bez przygód. W karczmie „We młynie” pod Piotrkowem Trybunalskim zjadłyśmy obiad. W Warszawie byłyśmy o 20.00. Przejechałyśmy 723 km po całkiem dobrych drogach.


Tekst: Zofia Zubczewska
Zdjęcia: Barbara Popławska

Poprawiony: czwartek, 10 listopada 2016 15:08