Ja, jako zwykła babcia Drukuj Email
Wpisany przez Zofia Zubczewska   
czwartek, 21 stycznia 2016 20:17

Ja, jako zwykła babcia


Wróciłam właśnie z Polskiego Radia, gdzie dla audycji „Cztery Pory Roku” udzielaliśmy z mężem wywiadu na okoliczność Dnia Babci. Wcześniej, przed tym programem, ustaliłam w rozmowie telefonicznej z radiowym redaktorem, że nie jestem babcią, która marzy o mieszkaniu w jednym domu z dziećmi i wnukami. Wręcz przeciwnie - nie chciałabym tak mieszkać. Z powodu tej krótkiej uwagi, zaklasyfikowano mnie do „babć niezwykłych”.


A jakie babcie są zwykłe? Już podczas trwania wywiadu dowiedziałam się, że zwykłe babcie siedzą na fotelach z kotami na kolanach, robią na drutach i w ogóle są ciepłe.
Zastanowiło mnie skąd taki wizerunek współczesnej, zwykłej babci? Czemu ktoś chciałby mieć taką babcię? Jaki z niej jest pożytek, a co najważniejsze, jaką radość sama babcia mogłaby mieć z takiego życia?
Spróbuję odpowiedzieć na te wszystkie pytania.

 

Fotel, robótka oraz kot
Mamy fotel, to znaczy ja i kotka mamy fotel. Tylko to nas łączy w kontekście niniejszego artukułu, gdyż kotka nie lubi siedzieć mi na kolanach, woli pod kaloryferem; a ja nie lubię robótek, wolę rozwiązywać sudoku. Owszem, siedzimy czasem na naszym fotelu, ale każda z nas osobno, w pojedynkę. Ja jestem wtedy bez robótki, a ona bez kaloryfera. Zatem w jednoczesnym połączeniu: fotel, robótka, kot i babcia nigdy nie występujemy, co nam nie przeszkadza w tym, że wszyscy lubimy się, łącznie z robótkami, które dostaję w prezencie od mojej przyjaciółki. Przyjaciółka ta, Bożenka, pomimo robótek również jest „babcią niezwykłą” ponieważ nie ma kota.
Przejrzałam w myślach inne moje przyjaciółki. Wyszło mi, że każda jest niezwykła, z powodu braku albo kota, albo robótki, albo jednego i drugiego, a jedną mogę nazwać nadzwyczajną babcią, ponieważ nie ma ani kota, ani robótki, ani nawet wnucząt. Posiada tylko fotel. Wszystkie mamy fotele. Tak, fotel nas łączy. Wiem, że to za mało, by zasłużyć na nazwę „zwykła babcia”. Nazwać bym tak mogła jedynie Basię, gdyż ona lubi siedzieć na fotelu z szydełkową robótką oraz z kotem, który lubi leżeć na jej kolanach. Problem jednak tkwi w tym, że Basia ma dziesięć lat, jest moją wnuczką.
Dlaczego pożądana, współczesna babcia ma przesiadywać w domu z robótką i kotem? W jakim celu, gdy w H&M sweter można kupić za 30 złotych? Dlaczego nikt, kto ma wizję takiej babci nie pomyśli: Boże, jakie nudne życie prowadzi ta kobieta. Przecież zanikną jej mięśnie od tego siedzenia. A co się stanie z jej mózgiem? Strach pomyśleć.
Tak, strach pomyśleć i nich każdy, kto próbuje swoją babcię usadzić w fotelu, wie, że taki tryb życia przyspiesza niedołęstwo fizyczne oraz umysłowe. Niech też wie, że dramatycznie brakuje miejsc w domach opieki dla starców, a pobyt w takim domu nie kosztuje 1000 złotych miesięcznie, tylko znacznie więcej. Przekracza wysokość przeciętnej emerytury. Rośnie natomiast liczba miejsc, w których babcia może aktywnie spędzać czas (kluby seniora, uniwersytety trzeciego wieku itp).
Domyślam się, czego symbolem jest taka babcia w fotelu z robótką. Symbolem bezpiecznego kąta na Ziemi. Kąta, w którym czujemy się kochani. Uważam, że jeśli dorosły człowiek nie ma takiego kąta, to już nie będzie go miał. Musi żyć bez niego. Może natomiast stworzyć tego typu miejsce dla własnych dzieci, a zwłaszcza dla wnucząt. Czemu zwłaszcza dla wnucząt?
Po pierwsze, gdyż ma za sobą więcej doświadczeń oraz przemyśleń niż wtedy, gdy wychowywał dzieci. Dojrzał do tego, by docenić rodzinne ciepełko.
Po drugie, małe dzieci (czyli wnuczki) nie są do niego uprzedzone, tak jak uprzedzone są zazwyczaj dorosłe dzieci, po latach kulejących stosunków z rodzicami.
Uważam, że warto spróbować stać się, ale tylko przysłowiową, babcią w fotelu. Czyli babcią, w domu której czeka ulubiona potrawa, gdzie można bezkarnie nabałaganić, gdzie nikt nikogo nie ocenia, nie krytykuje, gdzie wszystkich słucha się chętnie i z uwagą. Babcia zaś po wyjściu dzieci i wnuczków z jej domu robim to, co robią zwykłe, współczesne babcie, czyli sprząta, a następnie leci do klubu, na spotkanie z koleżankami, bierze się za organizację wycieczki emeryckiej lub inne, tym podobne, zwykłe, babcine zajęcia.

Seniorka wielopokoleniowej rodziny
Marzenie o mieszkaniu w domu wielopokoleniowym strasznie mnie denerwuje. A już wychodzę z siebie, gdy słyszę, że najlepiej byłoby, gdyby bacie były seniorkami w takim domu, sprawując pieczę nad wnukami, synowymi oraz zięciami. Ciarki mi chodzą po plecach ze strachu, że musiałabym być taką seniorką. Nie rozumiem dlaczego życie na kupie, miałoby uratować polską rodzinę, a w ogóle to przed czym należy ją ratować? Chyba tylko przed pomysłami tego typu, jak powyższe.
Dobra. Przestaję się złościć. Piszę po kolei.
Rozpoczęłam studia w 1964 roku, miałam 18 lat, pamiętam jak żałowałam, że mieszkam w Warszawie, bo nie przysługiwał mi akademik; a w akademiku mogłabym rozpocząć samodzielne życie. Takie było moje marzenie. Mieć swoje mieszkanie, z własnymi meblami, talerzami, z własną muzyką i własnym sposobem gotowania. Nie inaczej było z moją córką. Wyfrunęła z domu, gdy tylko kupiliśmy jej mieszkanie. Miała wtedy 22 lata. Uwielbiała mieszkać osobno, bez rodziców. Czy to znaczy, że popsuły się stosunki między nami? Nie. Były i są bardzo dobre. Podobnie serdeczne jakimi pozostały moje stosunki z babcią i z mamą, gdy wyprowadziłam się wreszcie na własne śmieci.
Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że epoka wielopokoleniowych domów przeszła do historii. Już tak nie mieszkamy. Żyjemy inaczej niż rodziny przed drugą wojną światową. Żony pracują zawodowo, babcie pracują zawodowo. Dzieci mają mnóstwo zajęć w szkole i poza nią, wszyscy chodzą do klubów, na imprezy, na spotkania. Ile jesteśmy w domu? Trzy godziny przed snem? Czy chce nam się wtedy kultywować więzi rodzinne? Nie. Wolimy odetchnąć w ciszy albo pobuszować swobodnie po sieci. Wolimy rozdzielić się, aby trochę zatęsknić za sobą. Tęsknota mobilizuje nas do wygospodarowania wolnego czasu na spotkanie poświęcone tylko rodzinnym rozmowom. Nie ma co zamykać oczu na to, że czasy się zmieniają, a my wraz z nimi.
Zresztą, zapytałam przewrotnie trzy młode kobiety, czy chciałyby przebywać w domu, gotować a potem czekać z obiadem na babcię, dziadka, męża i swoje dzieci. Żadna nie chciała. Powiem więcej, były oburzone moim pytaniem:
- Dlaczego ja miałabym czekać, a nie ty? – zapytała mnie jedna. – Przecież to jest rola babci, a to ty jesteś babcią.
- A gdy sama zostaniesz babcią, będziesz chciała pełnić taką rolę?
- No wiesz, ja mam dopiero 25 lat. Nie wyobrażam sobie siebie jako babci.
Ja jestem babcią i nie wyobrażam sobie, że siedzę w domu z gotowym, gorącym obiadem, czekając na powrót rodziny. Wyciągam z tego wniosek, może zbyt śmiały, że każdy chciałby mieć babcię, czekającą na niego z obiadem, tylko nikt nie chce być taką babcią. Być może, dobrym rozwiązaniem tego dylematu, są kuchenki mikrofalowe.
Nie podzielam też, powszechnego przekonania, że wspólne zamieszkiwanie z cala rodziny. Może nawet jej szkodzi, gdyż wpadanie na siebie w łazienkach, w kuchni czy w korytarzach rodzi konflikty, których by nie było, gdyby każda rodzina miała osobne lokum. Nawet bardzo duży dom nie ratuje sytuacji, gdyż wtedy dochodzi do sporów ile kto ma płacić za prąd, za wodę, za wywóz śmieci itp. Koszmar.


Niepotrzebna i samotna
Dostrzegam, że w marzeniu o wielopokoleniowym domu kryje się troska o babcię; jak sobie poradzi na starość sama w swoim mieszkaniu. Padają wtedy dwa pytania: czy babcia nie poczuje się niepotrzebna i czy nie będzie samotna.
Uważam, ze problem z bycia niepotrzebną (niepotrzebnym) dotyka tych, którzy nie mieli i nie mają własnego życia. Żyli dla męża, dla dzieci, dla wnuków. Jest to, według mnie chwalebne, tylko w takim przypadku, gdy oprócz życia dla kogoś prowadzi się równolegle życie dla siebie. Zauważyłam, że wnuczkom bardzo podoba się, kiedy babcia bądź dziadek są aktywni. Na przykład nasz wnuczek przechwalał się, że dziadek jest czynnym fotoreporterem, nawet dokumentował budowę Stadionu Narodowego.
Z reguły jest tak, że gdy dzieci są małe, a jeszcze mamy na głowie pracę zawodowa, dla siebie zostaje mało czasu. Życie dla siebie, siłą rzeczy, musimy ograniczać. Na starość sytuacja się zmienia. Otwierają się wtedy możliwości rozwinięcia „życia dla siebie”. Przecież jest to jednocześnie życie dla kogoś, dla siebie samych, nie ma poczucia zbędności. Na emeryturze jednak bardzo jest trudno stworzyć od zera, życie dla siebie. Ratunkiem mogą być stare znajomości, które trzeba odszukać oraz odgrzać. Można wtedy liczyć, że trafimy na znajomych, którzy wciągną nas w krąg swojego „życia dla siebie”, dzięki czemu uda nam się znaleźć tam coś... dla siebie.
Jest to też pewien sposób na samotność, lecz problem samotności wykracza poza wiek starczy. Młodzi ludzie również skarżą się na samotność. Może ona też dokuczać członkom wieloosobowych rodzin. Przeważnie chodzi o to, że nie potrafimy szanować przyjaźni, nie dbamy o nie, lub czekamy, aby inni zabiegali o nasze towarzystwo. „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie” można by w tym miejscu powiedzieć. Albo też inaczej: ”Każdy jest kowalem swego losu”. A o tych porzekadłach powinno się pamiętać od młodości.
Pod koniec naszego wywiadu dla radia padło pytanie, jakie wartości mogliby dziadkowie przekazać wnukom Mój mąż odpowiedział w sposób, który bardzo mi się spodobał: mogą przekazać dzieciom przekonanie, że powinny polegać na sobie.

Babcia Zosia Zubczewska

Poprawiony: czwartek, 21 stycznia 2016 20:42