Borzęcin dzieciom w Afryce Drukuj Email
Wpisany przez Barbara Witkowska   
czwartek, 07 stycznia 2010 11:35
Borzęcin - dzieciom w Afryce…

W każdym kraju wałęsają się po ulicach dzieci porzucone przez rodziców. O ile jednak w Europie, czy USA mogą one liczyć na pomoc socjalną, to na biednych kontynentach zdane są głównie na siebie.  Afryka od dawna jest miejscem szalejącej biedy i głodu.
Czy my, mieszkańcy Polski możemy jakoś pomóc opuszczonym, afrykańskim dzieciom? Okazuje się, że możemy, np. poprzez „Duchową adopcję” organizowaną przez chrześcijańskie misje.
Z Borzęcina do Afryki niemały szmat drogi, ale to właśnie tu, przy Trasie Warszawskiej, pod numerem 826, naprzeciwko przystanku autobusów podmiejskich MZA, stoi jasnokremowy Dom Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. W tym roku SMA święci jubileusz 150-lecia istnienia na świecie i 75-lecia działalności w Polsce.

Na rzecz misji w Afryce pracuje tam też Centrum Charytatywno -Wolontariackie „Solidarni”. Jest to wydzielona ze Stowarzyszenia organizacja pożytku publicznego. O pracy Stowarzyszenia rozmawiam z jej dyrektorką - Bożeną Latocha.

Bożena Latocha
- Jakimi drogami dotarła Pani do Wolontariatu przy Stowarzyszeniu Misji Afrykańskich?

- Jeden z misjonarzy Stowarzyszenia Misji Afrykańskich  pochodził z mojej wioski leżącej na południu Polski. Misjonarze tego Stowarzyszenia prowadzą tzw. pierwszą ewangelizację, to znaczy są w Afryce tam, gdzie nikt jeszcze o chrześcijaństwie nie słyszał. Jest to rodzaj pracy, w której przychodzi się do danej społeczności z całkiem nowymi, nieznanymi jej, wierzeniami i przekonaniami. Zazwyczaj dzieje się tak, że przyjeżdża misjonarz, zaczyna tam mieszkać i wchodząc w życie miejscowych ludzi, swoim życiem i swoją postawą,  pokazuje im nowe prawdy oraz wartości.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o Stowarzyszeniu Misji Afrykańskich chodziłam  jeszcze do szkoły i pamiętam, że absolutnie nie myślałam  ani o wyjeździe do Afryki, ani o pracy tam. Raczej o tym  co zrobić, by ułatwić misjonarzom życie w Polsce. Razem z innymi pojawiałam się więc wtedy, gdy do pracy potrzebne były moje ręce i czas. Trzeba było umyć okna? Zakopertować i wysłać listy? Odbić na ksero ileś egzemplarzy gazetki? Zrobić korektę redakcyjną? Przygotować spotkanie dla wolontariuszy? Zakładać misyjną bibliotekę?  Robiłam to. Dopiero po kilku latach pomyślałam, a może by tak „zapisać się do tego wolontariatu”? Ale kiedy  zapytałam księdza Janusza, komu i gdzie mam złożyć podanie o swoje przyjęcie, usłyszałam  jego zdziwione: „Przecież  ty już jesteś w wolontariacie!”. Można więc powiedzieć, że wolontariuszem zostałam  trochę mimochodem (śmiech). Pięć lat temu, za porozumieniem zgromadzeń, otrzymałam od Salezjanów propozycję wyjazdu na misję do Afryki. Pojechałam tam i przez 3 lata pracowałam  w Ghanie, jako opiekunka w salezjańskim Domu dla  Chłopców Ulicy.

-Jak wyglądała praca w Ghanie? Ciężko było?

Anensija w drodze z przedzkola
-Nie ciężko. Było pięknie! Co ciekawe, chłopcy z naszego Domu w dużej części nie byli sierotami! Wielu z nich miało rodziny, ale opuściło swoje wioski i plemiona w poszukiwaniu lepszego życia. Uciekając z domu myśleli, że w mieście znajdą dom, pracę, życiową stabilizację. Dobrej pracy oczywiście nie znaleźli, bo ona tam nie leży i na nikogo nie czeka. Nie mieli go kogo pójść, gdzie się zatrzymać, wylądowali więc na ulicy. Na tej ulicy żyli, jak chcieli i nawet sobie jakoś radzili. Bo w Afryce, gdzie jest więcej słońca i cieplejszy klimat, żeby przeżyć nie trzeba się  specjalnie ubierać, nie trzeba też mieć dachu nad głową - przespać się można pod gołym niebem, w porze deszczowej - w jakimś lichym baraczku. W Ghanie funkcjonuje też taki system, w którym chłopcy ulicy wynajmują  u kogoś taczki i na tych taczkach cały dzień siedzą, czekając na okazję pomocy np. w podwiezieniu komuś zakupów, rozładowaniu furgonetki, przewiezienia bagażu. A że jest ich tam bardzo wielu, w ciągu dnia zarabiają tyle, by zwrócić pieniądze za wynajem  taczek i raz dziennie skromnie zjeść. Jedyną szansą zmiany takiego losu jest danie tym dzieciom możliwości kształcenia. Salezjanie zatem, którzy na całym świecie specjalizują się w pracy oświatowo-wychowawczej z trudną młodzieżą, założyli tam przed laty Dom dla Chłopców Ulicy. Potem, sami i za pośrednictwem wychowawców, wychodzili do tych chłopców na ulicę opowiadając, jak pięknie w nim jest: że jest tam światło, bieżąca woda, dobre i obfite jedzenie, że chłopcy od zaraz mogą w tym domu zamieszkać, pod warunkiem jednak, że zaczną uczyć się w szkole. Na początku wcale nie było to łatwe, bo dzieci, które zasmakowały przedwcześnie w życiu samopas, paleniu papierosów, narkotykach, traktowały ten dom, jak przystanek. Przychodziły więc na sobotę-niedzielę, umyły się, zjadły, a w nowym tygodniu znowu wracały na ulicę. Dopiero po jakimś czasie chłopcy zaczęli przychodzić, po to żeby tam zamieszkać i pójść do szkoły. Kiedy byłam na misji dzieci już mieszkały w Domu na stałe. Czasem  chłopców ulicy było w nim 20, czasem 16, kiedy indziej 40. W trakcie mojego kontraktu najmłodszy chłopiec miał 8 lat, najstarszy - 24.

Veronica poznaje literki
Na misji w Ghanie byłyśmy z koleżanką we dwie. Początkowo miałyśmy tam pomagać dzieciom w nauce, pilnować by odrabiały lekcje, motywować do chodzenia do szkoły, ale praktycznie im dłużej człowiek był, tym więcej nowych potrzeb dostrzegał. Z dzieciakami przebywałyśmy w zasadzie bez przerwy, 24 godziny na dobę. I to było piękne, bo dawało poczucie sensu! Mieszkałyśmy z nimi, chodziłyśmy do nauczycieli, na wywiadówki, do ich rodzin - bo niektórzy je mieli, przeważnie  liczne i biedne, w których matka wyrzuca syna na ulicę, bo „urwis i uczyć się nie chce”, bo „urodziły się następne dzieci i brakuje pieniędzy na utrzymanie”…

- Co Pani dał ten 3 letni pobyt na misjach w Afryce?

- Niesłychanie mnie ubogacił! I nie chodzi  o to, że poznałam w Ghanie inne życie i inną kulturę - chociaż też; że misja jeszcze bardziej otworzyła mnie na drugiego człowieka; że więcej zrozumiałam i, że  pozwoliło mi to pokonać własne ograniczenia. Na przykład ja, która mdleję na widok krwi, gdy byłam potrzeba, ku własnemu zaskoczeniu nagle stawałam się pielęgniarką: opatrywałam dzieciom rany, chodziłam z nimi do lekarza. A kiedy 16-letni chłopak miał mieć zastrzyk i tak bał się igły, że myślałam, iż się z bólu zakrzyczy, stałam przy nim, dodając  mu otuchy, mimo że  sama nogi miałam, jak z waty…

- Od 2 lat jest Pani dyrektorem Centrum Charytatywno- Wolontariackiego  „Solidarni”. Kim są wasi wolontariusze i czym się zajmują na co dzień?

Atta i ja
- Zgodnie ze statutem tak w Polsce, jak  i za granicą, pracujemy charytatywnie dla misji w Afryce i na rzecz Afryki.

Nasi wolontariusze to ludzie w różnym wieku i różnych zawodów, którzy pochodzą z całej Polski, nie tylko z Borzęcina i okolicy. Łączy ich to, że chcą ludziom w Afryce coś z siebie dać. Mamy więc  i osoby bardzo młode, 13-14 letnie gimnazjalistki i niewiele od nich starsze licealistki, pomagające  np. w tłumaczeniu z angielskiego lub francuskiego listów afrykańskich dzieci do ich duchowych rodziców w Polsce. Mamy 20- 30 -40-latków i osoby na emeryturze. Najstarsza nasza wolontariuszka, która zgłaszała chęć wyjazdu na misje do Afryki miała 59 lat. Naszymi wolontariuszami są nauczyciele, pielęgniarki, ratownicy medyczni, informatycy, ludzie sztuki i z wykształceniem  technicznym, specjaliści od finansów , pracownicy nauki… Większość  z nich pracuje dla afrykańskich misji w Polsce, dla innych praca w naszym Wolontariacie jest etapem przejściowym w przygotowaniu do wyjazdu na misje w Afryce.

Co tu u nas robią? Są osoby, które przygotowują projekty pozyskiwania finansów dla realizacji naszych wybranych zadań w Afryce. Kamil i jego przyjaciele, którzy są dla mnie bezimienni, bo takie było ich życzenie, prowadzą w Internecie naszą stronkę (
www.solidarni.sma.pl) , opracowują graficznie ulotki, kalendarzyki, inne materiały informacyjne; Mamy zaprzyjaźnioną nauczycielkę języka angielskiego z IV LO w Tarnowie, która nie tylko sama uczestniczy w pracach Wolontariatu, ale i krzewi tę ideę wśród młodzieży. Kamil i Ania  przygotowują i prowadzą warsztaty dla wolontariuszy  oraz innych osób zainteresowanych Afryką. Dwa miesiące temu np. tematem spotkań były „Stereotypy o Afryce”, ostatnio-  ”Głód i ubóstwo w Afryce”… Są dziewczyny, które tłumaczą i wysyłają listy, a jest ich naprawdę dużo! Ola i Monika zajmują się np. całą „papierologią” związaną z projektem ”Duchowej adopcji”. To projekt, w którym z jednej strony mamy ponad 300 afrykańskich dzieci, z drugiej - ponad 300 polskich rodzin zaangażowanych w tę duchową adopcję. I są to nie tylko listy, lecz i finanse, nad którymi trzeba czuwać.

- Co to jest „Duchowa adopcja” ? Jaki jest cel tego projektu?

Mecz w piłkę ręczną
- Generalnie chodzi o stworzenie  dzieciom z Afryki edukacyjnej szansy, ale nie tylko. Również o modlitwę za dziecko i jego rodzinę oraz o duchową opiekę nad nimi. Przystąpienie do duchowej adopcji zaczyna się od formalnej deklaracji, że przez określony czas będziemy się opiekować duchowo i finansowo konkretnym dzieckiem z Afryki. Kwoty wpłacane na jego edukację są różne. Średnio to ok. 50 PLN.Czasami duchowi rodzice płacą więcej, czasami ( gdy np. ich na to nie stać) płacą mniej. Bo jeżeli afrykańskie dziecko jest w szkole podstawowej, kwoty na jego edukację nie są duże i te 50 zł miesięcznie w zupełności wystarcza. Jeżeli dziecko jest w szkole średniej i trzeba mu opłacić np. pobyt w internacie, koszty edukacji rosną.
Czasami włączamy się w ten Program poprzez dodatkowe akcje naszego Centrum Wolontariatu. W  ubiegłym roku na przykład, przed Bożym Narodzeniem przebrani za anioły (ze skrzydłami!) rozprowadzaliśmy w warszawskich supermarketach foliowane pakieciki z życzeniami, siankiem i poświęconym opłatkiem, a zebrane pieniądze szły na duchową adopcję i związane z nią edukacyjne potrzeby dzieci z Afryki.
                                                                                                               
Zdjęcia - z archiwum Bożeny Latochy

Boże Narodzenie w Afryce

Ksiądz Wacław Krzempka ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich w Borzęcinie przez 13 lat pracował na misjach w Afryce (m.in. wśród Pigmejów ) i 13 razy przeżył afrykańskie Boże Narodzenie. Wspomina, że w porównaniu z polskimi Świętami tam, na Czarnym Lądzie Narodziny Pana Jezusa przeżywa się znacznie głębiej. Opowiada też na czym polega praca misjonarzy.

Misjonarz
- Stowarzyszenie Misji Afrykańskich - mówi ks. Wacław Krzempka - jest zgromadzeniem międzynarodowym, skupiającym ponad 900 misjonarzy z Europy, Ameryki, Azji, pracujących w międzynarodowych wspólnotach 16 krajów Afryki.  W Polsce nasza wspólnota liczy 26 kapłanów i 6 studentów. W tej chwili na misjach w Afryce jest 13 kapłanów i 4 studentów. Wszyscy spędzili tegoroczne Boże Narodzenie w Afryce. Są oni w Maroku, na Wybrzeżu Kości Słoniowej, w Togo, w Republice Środkowej Afryki, w Kenii i w Tanzanii. Jeżeli chodzi o mnie, to przez pierwsze 2 lata pobytu w Afryce, pracowałem jako misjonarz w Afryce Zachodniej, w Togo, a potem 11 lat wśród Pigmejów - w Republice Środkowoafrykańskiej.

Kiedy byłem na misjach, to wszystkie święta Bożego Narodzenia przeżywałem w Afryce. Było ich 13! I jeżeli miałbym je porównywać ze Świętami w Polsce, to muszę powiedzieć, że w Afryce  o wiele głębiej przeżywa się tajemnicę Wcielenia Pana Jezusa. To naprawdę niezwykłe, że bez tej całej otoczki marketingowej: przedświątecznego zabiegania, porządków, prezentów, choinek; pośród chrześcijan z młodych wspólnot religijnych, którzy w większości przyjęli chrzest jako osoby dorosłe (pracowaliśmy bowiem wśród Pigmejów z plemienia Bayaka) najważniejszym dla wszystkich,  najgłębiej przeżywanym był fakt, że w Dniu Bożego Narodzenia Bóg staje się Człowiekiem… Ale też trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że młode wspólnoty chrześcijańskie Afryki zawsze przygotowywaliśmy do Świąt - czy to Bożego Narodzenia, czy Wielkanocnych - w formacjach katechetycznych. Był więc czas i okoliczności, by ludzie otworzyli się na  misterium.

W afrykański wieczór wigilijny nie ma klasycznych Pasterek. Wcześnie wyruszamy do wspólnot rozsianych po dżungli. Ponieważ jest mało kapłanów, każdy z nas musi odwiedzić kilka miejsc i bardzo często  odprawiamy po 2 -3 Msze Wigilijne.  Na misję wracamy więc 25 grudnia wieczorem. Dopiero wtedy też możemy razem usiąść do świątecznej kolacji.

Boże narodzenie
Wśród Pigmejów wigilijne uroczystości zaczynają się wraz z zachodem słońca, a więc około godziny 18.30, rozpaleniem przed kościołem ogromnego ogniska. Skąd kościół w dżungli? Właściwie na samym początku była to zwykła chata afrykańska. Z czasem przez lokalną społeczność został tam wybudowany kościół murowany - na około 300 miejsc siedzących. Dla tej społeczności wielkie ognisko zawsze oznacza Wielkie Wydarzenie! W wilgotnym klimacie lasów tropikalnych daje ono bowiem  ludziom poczucie bezpieczeństwa, ochronę przed dzikimi zwierzętami, a równocześnie jest źródłem ciepła. Wprawdzie jesteśmy prawie na równiku, ale klimat jest tam dosyć specyficzny. Pod koniec grudnia jest pora sucha i wieje zimny północny wiatr Harmatan, niosąc tony pustynnego pyłu. W efekcie  cały czas  jest mglisto, co powoduje, że nawet w dzień słońce wygląda, jak księżyc, a temperatura wieczorem potrafi spaść  i do plus 16 st. C, co dla Pigmejów oznacza wielki chłód. Wigilijny wieczór zaczyna się od „przywołania”. Ponieważ na misji nie ma dzwonu, za umówiony sygnał przywołania służy, często wybijany na zwykłej feldze od samochodu, specyficzny rytm, na dźwięk którego przy ognisku zbiera się cała wspólnota. Żeby ludziom pomóc mocniej przeżyć te Święta z lokalną młodzieżą przygotowujemy Jasełka, których treścią jest, oparta o wersety z  Biblii, historia Bożego Narodzenia od momentu Zwiastowania do narodzin Dzieciątka i pokłonu Trzech Króli. Aktorzy Jasełek tworzą 20-30 osobowy zespół ubrany w stroje, którymi są najczęściej codzienne ubrania, trochę tylko przerobione „ na biblijne”. Jasełka w świetle płonącego ogniska stają się zawsze rodzajem katechezy, na którą  schodzą nie tylko ludzie z najbliższej okolicy, ale i z osad pigmejskich pochowanych gdzieś głęboko w dżungli. Czasami przybywa 1000-1500 osób, bo wszyscy chcą świętować razem. Większość przybyszów to nowi chrześcijanie, ale ten sposób spędzania Świąt ujmuje i przyciąga też ludzi innych religii.  W trakcie misteriów wśród publiczności panuje tak niezwykła i pełna natchnionego oczekiwania  cisza, że kiedy w chacie, w której Maria rodzi syna, wśród afrykańskiej nocy zapłacze (żywe!) dzieciątko, wszyscy rozumiemy, że to czas, gdy na świat przyszedł Pan Jezus. Ten płacz dziecka staje się też sygnałem do zaśpiewania pierwszej kolędy. Kolęda śpiewana jest w 2 językach - w międzyplemiennym, obowiązującym w Republice Środkowej Afryki - Sando i „matczynym” ( a nie jak u nas „ojczystym”) języku plemion bantu: Gbaya, Mbimou, Bobongo. Właśnie z tą pierwszą kolędą na ustach wchodzimy do kościoła i zaczyna się Msza Święta, w trakcie której kościół wypełniony jest ludźmi po brzegi. Na tej mszy zawsze jest też bardzo dużo małych dzieci.

Pigmeje do kościoła przychodzą w swych codziennych strojach, gdyż zazwyczaj to, co mają na sobie jest ich jedynym odzieniem! Ubrania te wykonane są z materiałów pochodzących z rożnych części Afryki, teraz także i z Chin. Kobiety, dzięki misyjnym kursom krawiectwa, szyją z nich jakieś tam bluzki, czy sukienki, albo po prostu owijają się 6 metrowym kuponem materiału, narzucając go jednocześnie sobie na głowę. Jest to przeważnie materiał zakupiony w sklepiku misji, w którym osoby uczestniczące w kursach alfabetyzacji uczą się równocześnie elementarnych zasad handlu. To dla nich bardzo ważne, bo Pigmeje nie znają wartości pieniądza, traktując go w kategoriach czystej abstrakcji, z drugiej zaś strony mają smutne doświadczenia, bo w zetknięciu ze światem, w którym pieniądz jest ważny, zbyt często bywali wykorzystywani, oszukiwani, eksploatowani… Sklepik przy misji to dla nich miejsce, gdzie bezpiecznie mogą nauczyć się wydawania pieniędzy i gospodarowania nimi. Jednocześnie sami ten sklepik prowadzą. A dzięki temu, że przynosi on dochód, mamy pieniądze na remont szkoły, czy  pomp, które trzeba utrzymać w ciągłej sprawności.

Pigmeje noszą też często ubrania” z drugiej ręki”, które na sprzedaż , w takich ogromnych pakach, sprowadzają  z Europy zamieszkujący tam muzułmanie. Jeżeli chodzi o ubiór mężczyzn, to też nie przychodzą oni na świąteczne uroczystości jakoś bogato ubrani. Przeważnie mają na sobie dżinsy lub krótkie sportowe spodnie i koszulki zakupione „z drugiej ręki”. Ogólnie mówiąc ich strój świąteczny jest skromny, ale zawsze czysty. Ta świąteczna schludność i czystość nie zawsze jest łatwa do utrzymania, szczególnie matkom z maleńkimi dziećmi. Ponieważ większość Pigmejów ma tylko jedno ubranie, a niemowlaki nie mają pieluszek, to  gdy takie dziecko zaczyna siusiać, matka po prostu odstawia je od siebie na bok, lub biorąc te nieczystości na siebie wychodzi z kościoła na zewnątrz do pompy, lub do rzeki, aby szybko przeprać pobrudzone przez dziecko, swoje jedyne  ubranie.

Z tego samego powodu  stan kościelnej posadzki  jest dla mnie zazwyczaj informacją, czy na mszy było dużo małych dzieci? Bo jeżeli uroczystość trwa 3 godziny, to siłą rzeczy po ich bytności zostają  kałuże.

Misje w Afryce
W Afryce każde święto musi się zakończyć wspólnym, uroczystym  posiłkiem, nawet gdyby niewiele było do jedzenia!  Musi też być taneczne i radosne, pełne uzewnętrznionych emocji. Kiedy więc wyśpiewamy już wszystkie kolędy i po mszy świętej tańce przeniosą się na zewnątrz kościoła, wtedy ludzie, w  grupkach, przygotowują kawę, którą wspólnie pijemy składając sobie życzenia.

Niestety nie  mamy opłatka. To tradycja typowo polska, gdzie indziej nieznana! Za to staramy się ten czas spędzić razem - siedząc, pijąc kawę i śpiewając kolędy.

Mówiąc szczerze, my kapłani nie mamy czasu na wigilijną wieczerzę, taką jak w Polsce! Nasza misja to ponad 10 wspólnot chrześcijańskich, w większości pigmejskich, gdzie z jednego końca tego obszaru na drugi, drogą przez dżunglę i Park Narodowy jedzie się ponad 100 kilometrów. W porze suchej, w której przypada Boże Narodzenie,  samochodem człowiek się tam nawet szybko przemieszcza, ale już w porze deszczowej, np. na Wielkanoc, można utknąć w drodze. Sam przeżyłem taką historię, że  wichura powywracała drzewa i zabarykadowała przejazd, żeby więc wrócić z najbardziej odległej wioski musiałem wtedy, z pomocą miejscowych ludzi, ściąć siekierami i maczetami, aż 10 dużych drzew!

Wyjątkowe dla mnie były Święta po trzech latach mojej pracy misyjnej w jednej ze wspólnot Pigmejów, gdy udzielałem pierwszych chrztów, właśnie w  pierwszy dzień Bożego Narodzenia. To było niezwykłe, bo tydzień wcześniej do południa, chodziliśmy razem na polowania, a po południu mieliśmy katechezy przygotowujące do chrztu. Wigilię spędziłem wtedy z około 15 osobową grupą młodzieży, której  pokazałem zwyczaj  łamania się opłatkiem  (przysłanym mi z Polski przez moich rodziców) co im się bardzo spodobało. Siedzieliśmy wówczas razem przy ognisku, śpiewali, składali sobie życzenia, a jedynym świątecznym  posiłkiem, jaki  mieliśmy, były pochodzące z misji… herbata z cukrem i z cytryną, chleb oraz konfitury z papai. I proszę sobie wyobrazić, że ta nasza skromna wigilijna wieczerza , została zapamiętana przez Pigmejów, którzy uwielbiają słodkości, jako nieziemsko pyszny, delikatesowy poczęstunek!

Tegoroczną Wigilię spędzę w naszym Domu SMA w Borzęcinie razem  z księdzem Januszem. Można więc powiedzieć, że w Dzień Wigilijny „będę w pracy”…

Wysłuchała Barbara Witkowska