Qi Gong - Chińskie panaceum Drukuj Email
Wpisany przez Waleria Mikołajczyk   
sobota, 02 stycznia 2010 09:40

QI GONG – CHIŃSKIE PANACEUM

 

W Chinach istnieje kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset stylów ćwiczeń qi gong, z których każdy ma swoje osobliwości. Mistrzyni Guo Lin po serii nieudanych operacji raka stworzyła tzw. chodzący styl, dzięki któremu wyzdrowiała. Dziś jest on szeroko rozpowszechniony w Chinach, a wśród uprawiających go chorych notuje się przeszło 90% wyzdrowień.

 

 

Mistrz, a jednocześnie lekarz Wan Su Jian w końcu lat 80- tych XX w. był szefem ekipy medycznej, której zadaniem było niesienie pomocy ofiarom trzęsienia ziemi w Tangszan, z których  wiele było sparaliżowanych wskutek uszkodzenia kręgosłupa. Widok cierpienia tych ludzi sprawił, że poświęcił się on opracowaniu takiego stylu gi gong, który pozwoliłby przywrócić im sprawność. I udało mu się taki styl opracować. Dziś Wan Su Jian stoi na czele położonej nieopodal Pekinu kliniki, gdzie przywraca się zdrowie i pełną sprawność sparaliżowanym ofiarom wylewów krwi do mózgu lub też osobom, które wskutek wypadków komunikacyjnych doznały uszkodzenia rdzenia kręgowego. Każdy styl jest unikalny.

 

alt Cóż to jednak jest qigong?

 Dla Europejczyka, który przygląda się ćwiczącym, jest to coś pośredniego między gimnastyką i baletem. W gruncie jednak rzeczy jest to zupełnie co innego. Staro chińska medycyna i filozofia traktują człowieka jako cząstkę kosmosu, z którego w każdej chwili swego życia otrzymuje on niezbędną mu do życia energię zwaną qi (czyt. czi). Inne ludy na całej ziemi również znają tę energię, tyle że nadają jej różne nazwy: Hindusi zwą ją praną, mieszkańcy Polinezji - maną, Żydzi - ruah, Japończycy - Ki. Wykorzystaniu tej energii dla utrzymania w dobrej kondycji ciała i ducha służą właśnie ćwiczenia zwane qi gong. Są one bardzo stare. Pochodzą sprzed ładnych kilku tysięcy lat. Najstarsze ich opisy pochodzą sprzed 4 - 5 tys. lat. Dotarły one do nas za pośrednictwem „Żółtego Cesarza Księgi Medycyny Wewnętrznej”, która to księga do dziś jest wzorcowym podręcznikiem klasycznej medycyny chińskiej. Zresztą, być może qi gong liczy sobie więcej niż 4 - 5 tys. lat. Przed paroma laty pewien chiński archeolog znalazł serię rysunków naskalnych, które przedstawiały postacie ludzkie wykonujące serię ruchów. Archeolog postanowił sprawdzić, co by mogły owe rysunki oznaczać. Zaczął więc wykonywać te same ruchy, które przedstawiały znalezione przezeń rysunki. Cóż się okazało? Gdy ćwiczył, ogarniał go błogi spokój, a w jego sąsiedztwie wszyscy , nie wyłączając kota i psa spokojniutko zasypiali.

Zapewne w epoce prehistorycznej ludzie znad Żółtej Rzeki nie wiedzieli, jakie są prawa działania energii, jakimi trasami przemieszcza się ona w ludzkim ciele, wiedzieli jedynie, że wykonywanie pewnych sekwencji ruchów w określony sposób wpływa na ich samopoczucie. Czyniąc jednak obserwacje w ciągu długich dziesiątków i setek lat dowiedzieli się więcej o tym, jak porusza się energia, jak działa. Qi w organizmie ludzkim płynie ściśle wytyczonymi kanałami zwanymi też meridianami, jej zapas zaś gromadzi się w znajdujących się wewnątrz ciała zbiornikach ( jeden z nich znajduje się w brzuchu - poniżej pępka, drugi - na wysokości serca, trzeci zaś - w mózgoczaszce) zwanych dantian, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „ pole eliksiru”.

 

Któż to jednak widział meridiany, czy dantian?

Ludzie, którzy jak najdokładniej zapoznali się w swojej praktyce z anatomią człowieka, badając każdą komórkę jego ciała, nigdy niczego takiego tam nie znaleźli. Meridiany nie są czymś w rodzaju naczyń krwionośnych czy limfatycznych. Energia - inaczej niż krew i limfa - nie potrzebuje ograniczonych ścianami naczyń, by popłynąć wyznaczoną trasą, czy też zgromadzić się w określonym „ pojemniku”. Meridiany to nie rury, lecz „ drogi”, którymi płynie energia o koncentracji znacznie wyższej niż w pozostałych obszarach ciała. Przy obecnym jednak stanie rozwoju elektrofizyki nie trzeba już „ na słowo honoru” wierzyć w istnienie meridianów. Ich istnienie można stwierdzić doświadczalnie - mierząc oporność elektryczną skóry. Na trasie przebiegu meridianów jest ona inna niż na pozostałym obszarze.

Prawidłowy przepływ qi przez meridiany ma podstawowe znaczenie dla ludzkiego zdrowia. Dopóki płynie ona prawidłowo przez wszystkie „ drogi i ścieżki”, człowiek jest zdrów. Jeżeli natomiast następuje zablokowanie któregoś meridianu i energia nie może się przezeń przedostać, rozwija się choroba - niedomaga ten organ, który powinien być zasilany przez zablokowany meridian. Ćwiczenia qi gong właśnie służą likwidacji owych blokad, wykonywanie bowiem określonych ruchów kieruje silny strumień energii w stronę blokady, „przepycha” zablokowany meridian niczym hydraulik zatkaną rurę. Qi gong sprawia ponadto, że stajemy się spokojniejsi. Jak czytamy zaś w „ Żółtego Cesarza Księdze Medycyny Wewnętrznej”, „ Jeśli osiągniesz stan doskonałego wyciszenia, uspokoisz rozbiegane myśli, energia będzie prawidłowo krążyła po wszystkich meridianach ciała. Wówczas i krew będzie prawidłowo odżywiać całe ciało. W takich warunkach choroba się nie pojawi, gdyż nie ma skąd się wziąć.”

 

Czy całe to gadanie o qi ma sens?

Może są to tylko bajki z okresu Żółtego Cesarza? Przyjrzyjmy się, co na ten temat ma do powiedzenia nowoczesna nauka. The Physiological Research Group of ShanghaiFirstMedicalCollege prowadziła obserwacje medyczne dużych grup osób ćwiczących qi gong. Obserwacje wykazały, że ćwiczenia te prowadziły do obniżenia ciśnienia krwi u nadciśnieniowców, podwyższenie temperatury skóry koniuszków palców- co wskazuje na obniżenie reakcji stresowej nerwowego układu współczulnego - zwiększenie sprawności umysłowej, ogólne rozluźnienie, znaczne spowolnienie procesów przemiany materii, pobudzenie perystaltyki jelit, zwiększenie aktywności układu immunologicznego m.in. dzięki znacznemu ( o 25 - 30%) zwiększeniu ilości białych ciałek krwi. Najważniejsze bodaj było odkrycie wpływu ćwiczeń qi gong na znaczne obniżenie reakcji stresowej, która polega na tym, że współczulny układ nerwowy pobudza serce do większego wysiłku, wymusza zwiększenie ciśnienia krwi, przyspieszenie oddechu. Szczególne  znaczenie ma zmniejszenie reakcji stresowej dla osób cierpiących na chorobę wieńcową. U nich bowiem zwiększenie aktywności układu współczulnego może prowadzić do nasilenia się bólów dławicowych, a nawet do zawału serca. Badania przeprowadzone na wymienionej wyżej chińskiej uczelni wykazały również, że ćwiczenia qi gong w znaczący sposób zmieniają wydzielanie gruczołów dokrewnych i neurotransmiterów: wzrasta zawartość prolaktyny we krwi, obniża się natomiast aktywność dopaminy, a ilość kortyzonu zmniejsza się o połowę. Takie zmiany prowadzą do wzmocnienia układu immunologicznego i spowolnienia procesów starzenia się .

Działanie qi gong nie ogranicza się jednak do dobroczynnego wpływu na fizyczną stronę człowieka. Równie skutecznie oddziałuje on na jego psyche, na jego ducha. Ćwiczenia te pomagają człowiekowi uporządkować osobistą energię życiową, kierować nią, wzbogacać ją i dzięki temu żyć harmonijnie, być bardziej łagodnym, elastycznym, a więc unikać wszelkich konfliktów, uprzedzać ich wystąpienie i w rezultacie osiągać więcej niż przez konfrontację. Uporządkowanie energii osobistej sprawia, że zyskujemy umiejętność panowania nad samym sobą. Dzięki temu osiągnąć można znacznie więcej niż dzięki próbom zapanowania nad kimś, narzucenia mu swej woli. Osiągnąwszy umiejętność doskonałej samokontroli stajemy się nie do pokonania nie dzięki temu, że sprawnie atakujemy, lecz dzięki temu, że niczyj atak nie jest w stanie dotknąć nas, zranić, że w większości przypadków swoim spokojem i uprzejmością zapobiegamy mu. Chiński filozof sprzed 2,5 tys. lat, twórca taoizmu napisał:” Nie jeden wie, że nie użycie siły przynosi obfitsze żniwo, jednak tylko nielicznej garstce starcza siły woli, by się do tego stosować.”

Uporządkowanie osobistej energii życiowej pozwala człowiekowi wreszcie osiągnąć jedność ze Wszechświatem, a tym samym znaleźć się jakby w wyższym wymiarze.

Spuścizna, jaką przekazali nam starożytni Chińczycy przekazując ćwiczenia qi gong, ucząc obchodzenia się z energią życiową qi, jest bezcenna i tym bardziej godna podziwu, że nie potrafili oni zmierzyć takich parametrów funkcjonowania organizmu ludzkiego jak np. ciśnienie krwi, liczbę białych ciałek, czy nasilenie reakcji stresowej.

 

Przez wieki w Chinach

…powstała wielka mnogość różnych szkół qi gong. Jedne odznaczały się zdolnością cudownego niemal uzdrawiania chorego serca, inne – chorej wątroby, jeszcze inne – chorych nerek. Ich szczegóły utrzymywane były zazwyczaj w głębokiej tajemnicy, niczym skarb największy i przekazywane tylko w rodzinie, jak najcenniejszy spadek. Obcych chętnych do poznania tych tajemnic było wielu, gdyż mistrzowie qi gong uchodzili za osoby obdarzone wielkimi tajemnymi mocami. Dzieje qi gong pełne są historii, jakby żywcem wziętych z powieści płaszcza i szpady, tyle że w chińskim kostiumie: zdarzało się, że służący podglądali wtajemniczonych członków rodziny w czasie ćwiczeń, zdarzało się, że ktoś poprzez podglądanie opanowawszy ćwiczenia tylko powierzchownie ogłaszał się mistrzem, by niebawem ponieść sromotną klęskę. Stare szkoły pełne były finezji, bardzo skomplikowane, zawierały wiele długich sekwencji ruchów. W czasach najnowszych stare formy częstokroć dawały początek nowym (jak te, o których była mowa na wstępie) zdolnym zwalczyć choroby, które niegdyś występowały sporadycznie, a teraz rozprzestrzeniły się niczym plaga.

  Wadą starych form qi gong jest to, że są skomplikowane, zawierają wiele długich, trudnych do zapamiętania sekwencji ruchów, wskutek czego nauczenie się ich wymaga na ogół dłuższego czasu, a i samo wykonanie trwa zazwyczaj dość długo, a wykonywać je trzeba codziennie. Przedstawiciele nowoczesnego pokolenia Chińczyków zdało sobie sprawę z tego, że obecne tempo życia utrudnia stosowanie tych starych form na masową skalę. Powstała  więc pewna ilość nowych form, które co prawda za podstawę mają formy przekazane przez przodków, są jednak od nich znacznie prostsze, a równie – czasem nawet bardziej - skuteczne. Jedną z takich form – dodajmy, formą, która najbardziej rozpowszechniła się w Polsce - jest …

 

„Lecący Żuraw” 

…którego twórcami było kilku młodych ludzi m.in. lekarz tradycyjnej medycyny chińskiej i jego pacjent, który w czasie ćwiczeń qi gong stanowiących część jego terapii,  znakomicie odczuwał przepływ energii.  Celem, jaki postawili sobie autorzy nowego, choć opartego na wielowiekowej tradycji stylu, było stworzenie takiego układu ruchów, który z jednej strony byłby nieskomplikowany – dla każdego łatwy do opanowania, z drugiej zaś strony wywoływałby taki przepływ energii, który umożliwiałby wyeliminowanie  nie jednej czy też kilku chorób, lecz wszystkich chorób i dolegliwości, jakie nękają ród ludzki. Rzeczywiście stworzony przez nich styl posiada te cechy, ponadto zaś, jak stwierdzają mistrzowie, którzy poznali wiele różnych stylów, odznacza się wyjątkowo silnym oddziaływaniem energetycznym. Swoją uniwersalność „Lecący Żuraw” zawdzięcza temu, że jego powolne, eleganckie, jakby taneczne ruchy zostały dobrane tak, iż otwierają wszystkie meridiany w ludzkim ciele, a także odblokowują stawy, dzięki czemu przywracają harmonię energetyczną w organizmie, a więc stwarzają warunki do samoczynnego wyleczenia każdej niemal choroby.

W Polsce styl „Lecącego Żurawia „ rozpowszechnił się dzięki serii przypadków ( jeśli w ogóle istnieją na świecie przypadki).

Zaczeło się od tego, że pewien wiejski chłopiec z prowincji Shandong wybrał się na studia do Pekinu. Liu Zhongchun, bo tak się zwał ów chłopiec, chciał studiować jakiś kierunek techniczny. Niestety, ze  względów zdrowotnych nie dopuszczono go do takich studiów.  Przyjęto go na wydział slawistyki Uniwersytetu Pekińskiego, gdzie studiował polonistykę, by następnie zostać pracownikiem naukowym Chińskiej Akademii Nauk. W czasie rewolucji kulturalnej, podobnie jak wielu innych naukowców został skierowany do  pracy fizycznej w Mandżurii, gdzie klimat jest  surowy (Mandżuria to południowo – wschodni skrawek Syberii).  Praca nad siły w niesprzyjających warunkach sprawiła, że ciężko się rozchorował. W pierwszej kolejności odmówił posłuszeństwa kręgosłup. Stał się przyczyną nieustających silnych bólów, dla uśmierzenia których potrzebne były coraz silniejsze dawki leków przeciwbólowych. Leczenie nie przynosiło rezultatu. Przeciwnie, pogarszało jeszcze stan zdrowia. Przyjmowane leki chemiczne – przede wszystkim środki przeciwbólowe sprawiły, że do poprzednich dolegliwości dołączyły się krwawiące wrzody żołądka, zaczęło szwankować także serce. Siły Liu były na wyczerpaniu, z trudem się poruszał. Wtedy przypomniał sobie, że w dzieciństwie na wsi uprawiał qi gong. Nie pamiętał już tych ćwiczeń. .Jednak uczepił się myśli o nich jak ostatniej nadziei. Zaczął więc szukać mistrza, pod okiem którego mógłby je rozpocząć. I znalazł.

  Qi gong przyniósł zdumiewające rezultaty. O ile poprzednio dziesięcioletnie leczenie nie dało wyników, o tyle qi gong w ciągu kilku miesięcy postawił go na nogi. Zaprzyjaźnił się wówczas z kilkoma młodymi ludźmi, którzy podobnie jak on wiele zawdzięczali qi gongowi i razem stworzyli styl „Lecącego Żurawia”. W Chinach rozpowszechniał się on niczym ogień w suchym lesie. 

   W latach dziewięćdziesiątych Liu Zhongchun zaczął dość często przyjeżdżać do Polski w charakterze tłumacza chińskich delegacji gospodarczych. Towarzysko stykał się z różnymi osobami, wśród nich także z polskimi lekarzami, którzy praktykowali tradycyjną medycynę chińską.  Gdy zademonstrował im „Lecącego Żurawia”, zapytali go, czy w czasie, gdy przebywa w Polsce, nie mógłby prowadzić zajęć dla kilkorga ich pacjentów.  Początkowo było to rzeczywiście tylko kilka osób. Z tych kilku szybko jednak zrobiło się kilkanaście, a potem kilkadziesiąt. Gdy w 1994r. Liu Zhongchun przeszedł na emeryturę, przeprowadził się do Polski, by poświęcić się nauczaniu „Lecącego Żurawia” w naszym kraju. Stopniowo gromadziło się wokół Mistrza ( Liu Zhongchun jest bowiem mistrzem Pekińskiego Stowarzyszenia Qi Gong) coraz więcej osób. Dlaczego? Najbardziej zapewne dlatego, że ćwicząc z ludźmi „Lecącego Żurawia” wyciągał ich niemal dosłownie z tamtego świata.

   Elżbieta K. – kobieta niespełna czterdziestoletnia, matka dwóch dorastających córek – gdy zjawiła się u niego, była fizycznym i psychicznym wrakiem. Choroba dotknęła ją w samo sedno jej kobiecości. Lekarze nie dawali jej żadnej nadziei na wyzdrowienie, w perspektywie miała co najwyżej życie z ciężkim inwalidztwem, życie osoby skazanej na cudzą pomoc,  niezdolnej samodzielnie zrobić zakupy czy sprzątnąć mieszkanie. Po kilku miesiącach uprawiania „Lecącego Żurawia” Elżbieta była nie do poznania. W tej energicznie poruszającej się, ładnej, uśmiechniętej kobiecie nikt nie domyśliłby się niedawnej kupki nieszczęścia.

   Krystyna N., która po raz pierwszy zaszła w ciążę, gdy miała już prawie 40 lat codziennie ćwicząc qi gong po 9 miesiącach urodziła piękną, dużą, zdrową dziewczynkę.

   Wiktoria B., która rozpoczynając ćwiczenia miała wysokie nadciśnienie, po kilku tygodniach doprowadziła je do stanu normalnego.

   Eugeniusz Z. - przez 19 lat chorował na stwardnienie rozsiane (SM). Jest to choroba, w której na skutek rozsianych uszkodzeń włókien nerwowych mózgu powstają różnorodne objawy neurologiczne i zmiany psychiczne. Należą do nich m.in. niedowłady lub porażenia rozmaitych mięśni, zaburzenia czucia, wzmożone napięcie mięśniowe, zapalenie nerwu wzrokowego, nie trzymanie moczu i stolca oraz depresyjne zmiany psychiczne. Nieznana jest przyczyna tej choroby. Medycyna zachodnia zalicza ją do nieuleczalnych. Poleca się chorym jedynie oszczędzający tryb życia, który może spowolnić postępy choroby i odwlec moment, w którym chory będzie zdolny poruszać się jedynie na wózku inwalidzkim lub też bezwładnie będzie leżał w łóżku. Kiedy Eugeniusz po raz pierwszy przyjechał na obóz  qi gong ( a właściwie, kiedy przywiozła go tam żona), poruszał się o dwóch kulach i to z trudem. Jego nogi były zupełnie bezwładne. Kiedy po 10 dniach wyjeżdżał, miał już władzę w nogach - mógł już, aczkolwiek nie bez trudu, poruszać się samodzielnie. Gdy po roku ponownie uczestniczył w obozie, po jego zakończeniu chód jego był prawie niezakłócony. Po trzecim czy czwartym obozie na miejscowej dyskotece tańczył najszybsze nawet tańce. Obecnie żyje zupełnie normalnie, pracuje jako nauczyciel, utrzymuje rodzinę.

   Barbara G. - przez 10 lat chorowała na fibromialgię. Jest to reumatyczna choroba mięśni i przyczepów, w której leczeniu medycyna zachodnia nie osiąga wielkich rezultatów. Barbarze dokuczały silne bóle rąk, nóg i kręgosłupa. Aby złagodzić te bóle lekarze zapisywali jej mnóstwo leków: sterydów, proszków przeciwbólowych, środków nasennych. Wskutek tego pojawiły się krwawiące wrzody żołądka. Barbara przeszła cztery operacje rąk, które nie przyniosły rezultatu. Wreszcie trafiła do lekarza Tradycyjnej Medycyny Chińskiej Marcina Gila, który zalecił jej zmianę diety, zmianę trybu życia i – koniecznie – ćwiczenie qi gong. Przez cztery lata, pokonując ból Barbara ćwiczyła Lecącego Żurawia. Dopiero po tym okresie, w czasie jednego z prowadzonych przez mistrza  obozów letnich jej bóle i przykurcze mięśni ustąpiły całkowicie. Dziś jest to kobieta zupełnie zdrowa. Prowadzi gospodarstwo domowe, opiekuje się wnukami.

   Krystyna J. miała tętniaka na jednej z głównych tętnic mózgu. Groził on pęknięciem w każdej chwili. Lekarze nie zdecydowali się usunąć go chirurgicznie, gdyż ryzyko śmierci pacjentki było za duże. Poddano ją innej bardzo skomplikowanej, choć nieco mniej niebezpiecznej operacji: przez tętnicę udową wprowadzono jej do tętnicy mózgowej pół metra sprężyny platynowej, co spowodowało, że przez tętnicę tą przestała płynąć krew. Dzięki temu tętniak przestał grozić pęknięciem, ale też tętnica mózgowa – jedna z głównych tętnic stała się niedrożna i nie zaopatrywała w krew połowy mózgu. Jej rolę musiały przejąć – gorzej lub lepiej – mniejsze tętnice. Widocznie nie radziły sobie z tym zupełnie dobrze: Krystyna żyła niby to normalnie, czasami jednak miewała silne zawroty głowy i wymioty. Kilkakrotnie zdarzyło jej się, że z tego powodu przez kilka godzin była unieruchomiona na ulicznej ławce. Ludzie widząc kobietę, która nie mogła się podnieść i o własnych siłach utrzymać się na nogach, brali ją za pijaczkę i nie kwapili się, by okazać jej pomoc. Lekarz, któremu poskarżyła się na te dolegliwości, powiedział jej, że powinna się cieszyć, że w ogóle przeżyła tą operację – bo istniało ryzyko śmiertelnego zejścia w czasie jej trwania – i nie narzekać. Medycyna – jak stwierdził – nie może już dla niej nic więcej zrobić. Jeśli dolegliwości utrudniają jej wychodzenie z domu, nie powinna po prostu sama wychodzić. Rada lekarza nie wydała się jej dobra. Zaczęła ćwiczyć Lecącego Żurawia. Po roku systematycznych ćwiczeń jej dolegliwości całkowicie ustąpiły.

   Krzysztof N.  był alkoholikiem. Po 8 latach nałogowego picia był już bliski śmierci. Lekarze nie dawali mu więcej niż kilka miesięcy życia. Wówczas podjął kompleksowe leczenie odwykowe. Po kuracji bardzo chciał wytrwać w abstynencji. Było to jednakże bardzo trudne. W chorobie alkoholowej zdarza się bowiem zespół objawów abstynencji, któremu chorzy nadają nazwę „ kac suchy”. Objawia się on takimi dolegliwościami jak silne bóle mięśni, depresja, duże osłabienie. Kieliszek wódki załatwia sprawę – dolegliwości znikają. W 2001 roku złapał Krzysztofa wyjątkowo silny „kac suchy”. Był już bliski tego, by sięgnąć po „lekarstwo”. Nie chciał jednak wracać do nałogu – nie pił już od roku. Zapisał się na obóz qi gong. Jego dolegliwości ustąpiły. Nie powracały tak długo, jak długo systematycznie codziennie ćwiczył Lecącego Żurawia. Kiedy jednak uznał, że ćwiczenia nie są mu już potrzebne, powróciły z poprzednią siłą. Zapisał się wtedy na kolejne dwa obozy, a po ich zakończeniu nie przestał ćwiczyć. Codziennie przynajmniej raz wykonuje całą formę Lecącego Żurawia, choć ma bardzo mało czasu, gdyż dużo pracuje.

   Adaś P.  miał już pięć lat, lecz ciągle jeszcze moczył się w nocy. Rodzice chodzili z nim do wielu urologów, lecz oni niezmiennie twierdzili, że układ moczowy ich synka jest zdrowy i nie wykazuje żadnych anomalii. Chodzili z nim także do psychologów podejrzewając jakąś psychiczną przyczynę dolegliwości dziecka. Te wizyty także nie przyniosły żadnego rezultatu. Pewnego dnia rodzice idąc na ćwiczenia Lecącego Żurawia zabrali synka ze sobą, ponieważ nie mieli go z kim zostawić. Dziecko nie tylko obserwowało dorosłych, lecz także zaczęło ćwiczyć razem z nimi. Wobec tego rodzice zabierali je ze sobą także i na następne zajęcia. Po kilku zajęciach  chłopczyk ku wielkiej radości rodziców przestał się moczyć w nocy.

   Teresa M. miała za sobą przeszło dwadzieścia lat szczęśliwego małżeństwa. Kochała i podziwiała swojego męża, który był dyrektorem kopalni węgla. Pewnego dnia do jego gabinetu służbowego wszedł jakiś człowiek. Jak się okazało, był to górnik, którego dyrektor musiał zwolnić z pracy. Mężczyzna wyciągnął pistolet i na miejscu zastrzelił dyrektora. Nagła śmierć kochanego męża wtrąciła Teresę w głęboką depresję. Nie chciała wychodzić z domu, nie chciała kontaktować się z nikim, nawet z dziećmi. Godzinami siedziała na krześle tępo wpatrując się w ścianę. Ktoś z przyjaciół prawie siłą przyprowadził ją na zajęcia qi gong. Początkowo nie chciała ćwiczyć. Po kilku rozmowach, jakie z nią odbyłem, przełamała się jednak. W miarę ćwiczenia jej depresja stopniowo ustępowała. Po paru miesiącach odzyskała chęć do życia i swoją dawną energię.

   Joanna H. cierpiała z powodu daleko  posuniętego zwyrodnienia stawu barkowego. Maź w kaletce maziowej wyschła, chrząstka stawowa zanikła, zanikła też szpara stawowa. Za to na powierzchni stawu pojawiły się drobne narośle kostne tzw.” dzioby”. Taki obraz widniał na zdjęciu rentgenowskim. Zwyrodniały staw sprawiał kobiecie silny ból przy każdym ruchu. Nie była już w stanie dźwignąć ręki nawet na tyle, by podnieść łyżkę do ust. Sytuację pogarszał fakt, że była to prawa ręka. Lekarze stwierdzili, że jedyną możliwością przywrócenia sprawności jej ręki jest operacja polegająca na usunięciu główki kości barkowej i wstawieniu w to miejsce protezy stawu barkowego. Uprzedzili ją jednak, że polska chirurgia nie ma zbyt wielkich doświadczeń w dziedzinie operacji stawu barkowego. Operacje stawu biodrowego wykonuje się rutynowo, ale stawu barkowego – nie. Tak więc nie ma gwarancji, że operacja całkowicie się powiedzie. W tych okolicznościach Joannie trudno się było zdecydować na zabieg chirurgiczny. Szukała innych sposobów ratunku. Dowiedziała się o organizowanym właśnie obozie qi gong i przyjechała na niego. Ręka bolała ją tak bardzo, że początkowo nie była w ogóle w stanie ćwiczyć. Siedziała tylko wśród ćwiczących korzystając z wytworzonego przez nich silnego pola energetycznego. Po kilku dniach ból ręki zelżał na tyle, że mogła już zacząć ćwiczyć. Gdy po 10 dniach wyjeżdżała do domu, mogła już nie tylko podnieść łyżkę do ust, lecz nawet podnieść ręce nad głową. Ćwiczyła systematycznie w domu, a po kilku miesiącach ponownie zapisała się na obóz. Po jego zakończeniu wykonała zdjęcie rentgenowskie stawu barkowego. Wykazało ono, że odtworzyła się w zauważalnym stopniu chrząstka stawowa, pojawiła się ponownie szpara stawowa, a narośle kostne znikły. Gdy Joanna pokazała stare i nowe zdjęcie rentgenowskie lekarzowi, który się nią opiekował – wybitnemu specjaliście z kilkudziesięcioletnim stażem, stwierdził on, że musiała pomylić kolejność tych zdjęć, że wcześniejsze jest to, które pokazuje staw w lepszym stanie, a późniejsze to, na którym widać ten staw w gorszym stanie. Na szczęście każde z tych zdjęć było opatrzone datą, co wykluczało pomyłkę. Lekarz stwierdził wówczas, że to niemożliwe, że w całej jego długoletniej praktyce nie zdarzyło się jeszcze, by stan zwyrodniałego stawu poprawił się. Jego doświadczenie wskazuje na to, że może się on tylko pogorszyć. Ponieważ jednak rentgen niezbicie wykazywał, że stało się to, co uważał za niemożliwe, stary lekarz poprosił, by pokazać mu jak wyglądają ćwiczenia qi gong.

Wielu innych uczniów mistrza dzięki ćwiczeniom pozbyło się takich dolegliwości jak najróżniejsze nerwice, nadkwasota, wrzody żołądka, nadciśnienie, nawracające choroby przeziębieniowe itd.

 

Liczba uczniów mistrza Liu Zhong Chuna zwiększa się lawinowo. Najpierw było ich kilkudziesięciu, potem kilkuset, a dziś „Lecącego Żurawia” ćwiczy w całej Polsce przeszło 3 tys. osób. Regularne ćwiczenia odbywają się nie tylko w dużych miastach, lecz także i w mniejszych takich jak Ostrołęka, Ostróda czy Bolesławiec, a ostatnio nawet w kilku gminnych ośrodkach kultury. Oczywiście sam mistrz nie byłby w stanie prowadzić wszystkich tych zajęć. Przez lata swojej działalności w Polsce wyszkolił on już ok. 60 instruktorów, którzy na co dzień go zastępują. Sam mistrz już tylko 2 – 3 razy do roku w miejscowościach wypoczynkowych na Mazurach, w górach i nad morzem prowadzi intensywne dziesięciodniowe obozy. Zazwyczaj chętnych jest więcej niż mogą pomieścić sale ćwiczeń. Instruktorzy mistrza Liu są co prawda doskonale wyszkoleni, ale ćwiczenie z mistrzem to jednak co innego.    

      

Waleria Mikołajczyk

 

P.S. Najbliższy obóz prowadzony przez mistrza odbędzie się w dniach 23 – 31 stycznia 2010r w . Ustroniu Śląskim. Bliższych informacji zarówno o obozie, jak i o instruktorach, którzy prowadzą zajęcia w poszczególnych miastach można zasięgnąć pod numerem telefonu (89)527 51 24 lub pod adresem internetowym WWW.qigong.org.pl 


 
Poprawiony: wtorek, 07 stycznia 2014 12:10