Podniebne państwa Himalajów Drukuj Email
Wpisany przez Marek Biziuk   
niedziela, 20 października 2013 13:08

Podniebne państwa Himalajów


W dzieciństwie nawet nie marzyłem o odwiedzeniu tych państw leżących na „Dachu Świata". Bhutan, Tybet, Nepal – były to miejsca na pograniczu rzeczywistości i fantazji, bardziej z awanturniczych opowieści niż z „realu", szczególnie Bhutan, który do niedawna był dla turystów zamknięty. W momencie, gdy wypatrzyłem taką szansę, czyli wycieczkę zorganizowana przez Logos Travel, natychmiast z niej skorzystałem.

Grupa była mała i do końca nie było pewne czy pojedziemy. Ostatecznie było nas 7 osób + pilotka, grupa malutka, ale przez to zdyscyplinowana oraz bardzo sprawna w przemieszczaniu się z miejsca na miejsce. Stanowiliśmy zgrany zespół, co w warunkach wymagających sporego wysiłku, było bardzo istotne. Nasza polska przewodniczka, zakochana w filozofii, religii i kuchni Dalekiego Wschodu, była kopalnią informacji na temat miejsc, które odwiedzaliśmy. Uzupełniała świetnie wyjaśnienia miejscowych przewodników (w każdym z odwiedzanych państw mieliśmy innego).
Pierwszym odwiedzonym krajem był Nepal, kraj, w którym mieszkają m.in. Ghurkowie i Szerpowie. Miejscowy przewodnik przywitał nas nakładając każdemu na szyję wieniec z pomarańczowych kwiatów. Byłem tu już kiedyś z wycieczką z Almaturu, więc mogłem poczynić pewne porównania. Nepal już nie jest królestwem od 2007 r, gdy stworzono republikę po wojnie z „maoistami" i tajemniczym zamachu na rodzinę królewską (2001). Zamach stanu miał też miejsce w 1846 r, gdy oficer Jung Bahadur Rana wymordował cały rząd przejmując władzę jako premier, ale wtedy rodzina królewska się uratowała. Sporo rzeczy pozostało takich samych, a więc świątynie, barwne stroje, szczególnie kobiet, hałas, kolorowe stragany z kwiatami, warzywami i owocami, sklepiki z pamiątkami, wyrobami z kaszmiru i wełny z jaka, ale też bałagan i stosy śmieci, szczególnie w miastach. Przygnębiające wrażenie sprawiała szczególnie zaśmiecona Rzeka Bagmati, płynąca przez Katmandu, stolicę kraju. Podstawowa różnica to natłok samochodów. Przed 33 laty ulice były zapchane rowerami, teraz, poza kolorowo zdobionymi rikszami, były to samochody. Katmandu leży w kotlinie, a więc powietrze jest bardzo zanieczyszczone spalinami i bardzo często widzieliśmy ludzi w maseczkach na usta i nos. Potem podobne obrazki widzieliśmy w Lhasie, w Tybecie.
Ważną rolę pełni w Nepalu religia, ale jest to mieszanka hinduizmu, buddyzmy, tantryzmu i szamanizmu. Religie nawzajem się przenikają i świątynie często służą wyznawcom kilu religii. To w Nepalu urodził się Budda, ale odnoszę wrażenie, że najintensywniej buddyzm kwitnie w Tybecie, do którego trafił przez żonę jednego z władców. W Katmandu najważniejszym miejscem jest stupa Swajambhunath wznosząca się malowniczo nad miastem. Wchodzi się do niej po 300 schodach mijając posągi Buddy, młynki modlitewne i stada małp makaków. Ze szczytu, gdzie obok świątyń i stup jest dużo sklepików z wyrobami rzemiosła (rzeźby, naczynia, tkaniny), piękny widok na miasto i krążące orły. Symbolem Katmandu jest stupa z wszystkowidzącymi oczami Buddy patrzącymi na 4 strony świata, 13 złotymi pierścieniami na iglicy symbolizującymi stopnie wtajemniczenia oraz niezliczoną ilością flag modlitewnych. Drugim najważniejszym punktem Katmandu jest Durban Square z pałacem królewskim, z świątynią poświęconą patronowi podróżnych bogowi Genesis z głową słonia, świątynią Sziwy z najokrutniejszym obliczem (sześć ramion, naszyjnik z ludzkich czaszek, martwe ciało ludzkie u stóp, tamże z maski raz do roku na święto Indra Dżatra z ust boga płynie strumień piwa) oraz świątynią Bogini Kumari. Jest to żywa bogini wybierana spośród dziewczynek z bogatych rodów, noszona na rękach bo jej stopy nie mogą dotknąć ziemi. Boginią jest do pierwszej menstruacji i potem wraca na łono rodziny (chyba duży szok dla niej). Pokazała się nam na balkonie w Kumari Bahal (pięknie rzeźbione okna i wsporniki). Podobne place Durban Square, obowiązkowo z pałacem królewskim i domem Kumari, są także w Patanie i Bhaktaphur, które wraz z Katmandu stanowią swoiste Trójmiasto w Nepalu. Poszczególne miasta od zawsze konkurowały ze sobą jeśli chodzi o urodę i znaczenie. Najpiękniej zdobione świątynie są chyba w Patanie, tam jest także najczyściej. Rzeźbienia w drzewie i kamieniu, posągi bóstw i lwów, wyrafinowana architektura świątyń budowanych przez Wielkich Mogołów – to robi duże wrażenie i zmusza do zadumy nad przemijaniem lub raczej prymityzowaniem się sztuki. Niezapomnianym przeżyciem była kolacja na tarasie z widokiem na plac i świątynie.
Trzecia twarzą Nepalu, która mieliśmy okazję poznać, poza wielkomiejskim gwarem i dostojeństwem świątyń, była przyroda. 80 % kraju zajmują góry. To tu wznosi się większość ośmiotysięczników: Mount Everest (8850 m n.p.m.), Kanczendzonga (8586), Lhotse (8501), Makalu (8463), Czo Oju (8201), Manaslu (8163), Annapurna (8091) i Dhaulagiri (8167). Widzieliśmy większość tych szczytów z samolotu, ale także z wycieczki małym samolotem wzdłuż pasma Himalajów. Dwie noce spędziliśmy także w eleganckim kurorcie górskim Nagarkot na wysokości 2160 m ze wspaniałym widokiem na Małe Himalaje. Malownicze wschody i zachody słońca. Byliśmy także na raftingu górską Rzeką Trisuli. Ubrani w kamizelki ratunkowe pokonywaliśmy pontonem przez 25 km progi skalne i rwący nurt rzeki, płynąc w wąwozie wśród wysokich gór. Kilka razy miałem wrażenie, że za chwilę wyląduję w wodzie. Punkt, do którego dotarliśmy, zaskoczył dobrze przygotowaną infrastrukturą turystyczną, czystością i dobrym jedzeniem (ryby z rzeki). Piwo smakowało po raftingu znakomicie. Dosyć ciekawe były sposoby przepraw przez rzekę. Były to albo chybotliwe mosty linowe dla pieszych, albo coś w rodzaju jednoosobowych klatek-wind przenoszonych na linie na drugi brzeg. Po drodze mieliśmy także pewne utrudnienia związane z protestami mieszkańców przeciwko poszerzeniu drogi (jedynej idącej w poprzek Nepalu). Chodziło o to, że mieszkańcy usiłowali bronić swoich domów wybudowanych bez pozwolenia na terenach przeznaczonych na poszerzenie drogi. Policja rozpędzająca blokadę wyglądała jak niesławne oddziały ZOMO ze stanu wojennego (plastikowe tarcze, pałki, hełmy). Normalnie na ulicach nie spotykaliśmy zbyt wiele policji, w przeciwieństwie do Tybetu, gdzie polecieliśmy nad szczytami Himalajów.
Na lotnisku (Gonggar Airport, 65 km od Lhasy) zostajemy obfotografowani i zrewidowani (skonfiskowano pilotce książkę o Tybecie). Nie można wwozić nic co dotyczy Dalaj Lamy ani niepodległego Tybetu. Nasza regionalna przewodniczka wita nas tym razem białymi szalami, poświęconymi poprzedniego dnia w świątyni, które wiąże nam na szyjach. W drodze powrotnej obserwowaliśmy przybycie pracowników i pracowniczek lotniska do pracy w kolumnie marszowej, trójkami, jak w wojsku. Lhasa wygląda jak w trakcie kapitalnego remontu, rozkopana i zatłoczona. Miasto, podobnie jak cały Tybet, ma dwie twarze, chińską i tybetańska. Twarz chińska to nowe, szerokie drogi, linia kolejowa, nowoczesne budownictwo i właśnie policja, twarz tybetańska to klasztory i rozmodlone tłumy odwiedzające świątynie, które zburzone w trakcie inwazji Chińczyków w 1950 r. teraz są przez nich odbudowywane. Nigdzie w odwiedzanych w trakcie tej wycieczki krajach nie widziałem tak żarliwej religijności jak tutaj. Gremialne uczestniczenie w korze, czyli spontanicznych procesjach wokół świętych miejsc, świątyń, a nawet świętych gór i jezior z nieodłącznym młynkiem modlitewnym i/lub różańcem (tak, tak, nasz różaniec pochodzi stamtąd, podobnie jak muzułmańskie pokłony z biciem czołem o ziemię). Najświętszym miejscem w Tybecie, coś jak nasza Jasna Góra, jest świątynia Jokhang z VII wieku, zbudowana przez Songsten Gampo, pierwszego historycznego króla Tybetu, którego dwie żony ( z Chin i z Bhutanu) zaszczepiły tu buddyzm (ale to Tybetanka, trzecia żona, urodziła mu syna). Znajduje się tutaj najświętsza rzeźba tybetańskiego buddyzmu, czyli Jowo Rinpoche, posąg 12-letniego Buddy. Zarówno świątynię, jak i plac Barkhor przed nią (przy wejściu na plac kontrola jak na lotniskach) wypełniają tłumy pielgrzymów. Wewnątrz mnóstwo palących się maślanych lampek, do których pielgrzymi wlewają z termosów lub wrzucają w postaci stałej nowe porcje masła z mleka jaka. Można wejść na bogato zdobiony dach, skąd roztacza się piękny widok na góry, plac i pałac Potala, którego budowę zainicjował także Songsten Gampo. Oczywiście Jokhang otoczony jest całym mnóstwem małych sklepików i kramów. To właśnie tam kupiłem maskę groźnego Sziwy z diademem z ludzkich czaszek. Utargowałem do 1/5 ceny wstępnej. Potala, to najwyżej położony pałac na świecie (3767 m n.p.m.), dawna zimowa siedziba dalajlamów, dawne centrum administracyjne i siedziba rządu. Potala składa się z części administracyjnej (Biały Pałac), w której znajduje się także mieszkanie dalajlamy oraz religijnej (Czerwony Pałac), w której znajduje się biblioteka, świątynie oraz stupy z ciałami wszystkich dalajlamów. Imponująca jest stupa Dalajlamy V, pokryta 3 tonami złota i drogocennych kamieni. Zupełnie inna jest Norbulingka, letnia rezydencja dalajlamów, skąd w 1959 r, uciekł do Indii ostatni Dalajlama XIV. Norbulingka po tybetańsku znaczy Park-Skarb. Faktycznie, jest to imponujący i rozległy park pełen kwiatów i ozdobnych drzew (36 hektarów, więc woleliśmy jeździć po nim minibusem), na terenie którego rozrzucone są wspaniale ozdobione kompleksy pałacowe i świątynie (ok. 400 pomieszczeń). Zupełnie inne wrażenia w klasztorach, których przecież w Tybecie było i jest bardzo dużo. W Klasztorze Sera z XV w., najważniejszym ośrodku edukacji mnichów w Tybecie, obserwujemy pełne emocji dysputy mnichów, będące nauką dyskusji i perswazji. Wygląda to trochę jak balet. Podobne sceny widzieliśmy także w Klasztorze Ganden (XV w), położonym w górach (3800 m) 45 km od Lhasy, zniszczonym przez chińskie władze, a teraz w trakcie odbudowy. Imponujący jest też Klasztor Drepung (także XV w), największy klasztor i największa uczelnia w Tybecie, w którym przebywało niegdyś ponad 10 000 mnichów. Imponująca jest kuchnia klasztorna z wielkimi kotłami i ogromnymi glinianymi piecami. Była to siedziba lamów przed wybudowaniem Potali. W Tybecie obchodzę swoje imieniny i to w dodatku na wysokości ok. 4600 m nad świętym Jeziorem Yamdrok. Ktoś nawet zanurzył się w lodowatej wodzie, ale na chwilę, zresztą dno było zbyt grząskie i inna osoba wpadła w ten muł. Cała trasa z Lhasy nad jezioro niesamowicie malownicza, chociaż widoki raczej surowe, skały, wyżej śnieg i tylko czasem modlitewne flagi. Po drodze mijamy grupki pielgrzymów idących swoją korę wokół góry, pasące się jaki, a wcześniej zatrzymujemy się w małym miasteczku, gdzie starszy mieszkaniec usiłuje mnie poczęstować czymś do żucia. Rezygnuję. Grupę poczęstowałem Soplicą i Ballantines, a na zakąskę mieliśmy słynne pierożki Momo z mięsem z jaka. Nieco wcześniej robiliśmy sobie zdjęcia na jaku ubrani w twarzowe tybetańskie czapki.
I znowu nad szczytami Himalajów (z dosyć dobrą widocznością) do Bhutanu, jedynego jeszcze istniejącego królestwa w Himalajach, w którym ponad 50 % terytorium leży powyżej 3000 m. Oryginalna nazwa to Druk Jul, czyli Królestwo Grzmiącego Smoka (smok jest na fladze). Bhutan jest znany ze swojego Wskaźnika Szczęścia Narodowego (GNH), idei dotyczącej zrównoważonego rozwoju, dbania o otoczenie, poszanowania tradycji oraz kultury i dobrym rządzeniu. Chyba to działa, bo w mojej opinii Bhutan jest Szwajcarią Himalajów, nie tylko ze względu na krajobrazy górskie, podobną wielkość terytorium, ale przede wszystkim, ze względu na czystość, porządek i dobrą organizację kraju, wyraźnie wyróżniającą ten kraj w porównaniu z krajami sąsiednimi. Jeśli chodzi o widoki to przebija Szwajcarię pięknem i zróżnicowaniem krajobrazu. Piękne są, przede wszystkim, przełomy rzek płynących w głębokich wąwozach (stoki porośnięte m.in. marihuaną). Nieodłącznym elementem pejzażu są flagi modlitewne powiewające zarówno obok domów, jak i na zboczach gór i przy świątyniach, a także tarasowo ułożone uprawne pola (80 % ludzi utrzymuje się z rolnictwa). Monarchia oświecona sprawdza się tutaj jak nigdzie. Urzędnicy państwowi i dzieci w szkołach muszą nosić tradycyjne stroje (poszanowanie tradycji), co dodaje kolorytu. Mężczyźni noszą suknie Gho, coś w rodzaju kiltu/kimona przepasanego pasem Kera, a do tego podkolanówki; kobiety długie, kolorowe suknie zwane Kira. Ilość turystów jest ograniczona (7000 osób na rok) i trzeba płacić za pobyt (podstawowy koszt pakietu usług to 220 USD dziennie) ale mają oni zapewnione zakwaterowanie, wyżywienie, przejazdy i przewodnika. Zarabia na tym państwo i król, a zasadę wprowadzono po najeździe na kraj hippisów (marihuana) po pierwszym, całkowitym otwarciu dla turystów. Ludzie są sympatyczni i jest tu znacznie bezpieczniej niż w sąsiednich krajach. Jedyny dreszczyk strachu jaki przeżyliśmy to lądowanie w Paro na bardzo krótkim pasie. Samolot wychodzi zza góry i skręcając przechyla się tak, że prawie zanurza skrzydło w rzece (siedziałem przy oknie). Dosyć ciekawą architekturę maja bogato zdobione domy z parterem dla zwierząt, I piętrem na magazyny, II – salonem i poddaszem dla kawalerów, którzy nie mogą przecież sypiać w jednej izbie z pannami, a sypialnie to była jedna izba dla wszystkich. Jest tam także domowa kapliczka. Byliśmy w takim domu w Paro zasiadając na pufach za niskim stołem i popijając domowe wino i herbatę z masłem i solą, a do tego prażony ryż i jakieś orzeszki. Wino było nienajgorsze, ale wódka, która poczęstowano nas później w Thimpu, była obrzydliwa. Zaprezentowano nam także tradycyjne sporty bhutańskie czyli łucznictwo i rzutki. W każdym domu jest także łaźnia z wannami, w których wodę ogrzewa się wrzucając do niej rozgrzane kamienie. Oferują tę usługę dla turystów, obok masażu także w hotelach. Hotele są na wysokim poziomie, ale poznaliśmy tylko te, które mogą przyjmować obcych turystów. Paro (3000 mieszkańców) znacznie bardziej podobało mi się niż Thimpu, stolica kraju (100 000 tys. mieszkańców), chociaż w Thimpu można było przejść się nocą po ulicach i napić się czegoś w restauracji (nota bene był to akurat wtorek, czyli w Bhutanie dzień bezalkoholowy, ale zaserwowano nam wino). Bhutan oddzielił się od Tybetu i potem długo musiał bronić swojej niezależności, stąd charakterystycznymi budowlami są dzongi, czyli warowne klasztory, budowane najczęściej na wzgórzach, z wysoką wieżą obserwacyjną w środku. Odwiedziliśmy w okolicach Paro ruiny takiej fortecy Drukgyel Dzong, zbudowanej na cześć pokonania w XVII w połączonych sił Tybetańczyków i Mongołów oraz Paro Dzong, malowniczo położony na stromym urwisku, gdzie nakręcono zdjęcia do „Małego Buddy". Oczywiście, jeszcze najstarszą świątynię Kyichu z VII w., z tradycyjnymi młynkami modlitewnymi, w której palone są ciała umarłych oraz położony wysoko nad doliną (900 m), przyczepiony do skał słynny klasztor Taktsang, „tygrysią norę", do którego przyjeżdżają na medytację ludzie z całego świata. Pieszo jest to wspinaczka ok. 4 h ale można na część trasy wynająć konie. Najstarsza twierdza (dzong) w Bhutanie (Semtokha Dzong) znajduje się w Thimpu. Mogliśmy tu znowu obserwować dyskusje mnichów, podobnie jak w Tybecie, z tym, że nie były aż tak emocjonalne. W Thimpu znajduje się też nie ukończony jeszcze monumentalny posąg Buddy, ufundowany przez zaprzyjaźnione kraje azjatyckie oraz stupa Memorial Chorten ufundowana przez matkę (Jigme Dorji Wangchuk) na cześć zmarłego syna, Trzeciego Króla Bhutanu. W Thimpu podziwialiśmy też takina, dziwne zwierzę występujące jedynie na tym obszarze, coś w rodzaju skrzyżowania antylopy z kozą. Bardzo ciekawa była wyprawa przez przełęcz Dochu La (3050 m) do Doliny Punakha, dawnej stolicy a w tej chwili zimowej siedziby króla i zwierzchników religijnych. Najciekawszym obiektem jest Punakha Dzong, wybudowany w 1637 r u zbiegu dwóch rzek (Pho Chu i Mo Chu) majestatyczny klasztor-forteca. Wspaniałe zdobienia czynią z niego najbardziej atrakcyjny zabytek Bhutanu. Mogliśmy zwiedzać, gdyż większość mnichów już wróciła do Thimpu, a ci co zostali chętnie robili z nami zdjęcia. W drodze powrotnej jeszcze świątynia Chimi Lhakhang, gdzie kobiety modlą się o płodność własną oraz całej przyrody. Miejsce związane jest z legendą o mnichu, który pokonał demona strzykając nań spermą przez dziurkę od klucza. W świątyni jest też obraz przedstawiające owego mnicha skrapiającego spermą tłum modlących się kobiet. Wokół świątyni warsztaty wyrabiające i sprzedające drewniane penisy jako amulety. Ktoś z naszej grupy stwierdził, że nie poszedłby do tej świątyni, gdyby wiedział o jakich świństwach tam mówią.
Z Bhutanu malowniczą trasą wzdłuż Rzeki Sankosh, wpadającej później do Brahmaputry, jedziemy do Indii. Absolutna zmiana, wpadamy w typowo hinduski rozgardiasz dźwięków, kolorów, zapachów i ... śmieci. Mijamy plantacje herbaty (to przecież stan Darjeeling, słynny z najbardziej wyrafinowanej i ponoć najlepszej herbaty) z kobietami pod czarnymi parasolami zbierającymi listki herbaciane, autobusy tak zatłoczone, że część pasażerów podróżuje na dachu i stada małp baraszkujących na poboczach drogi. Indie były dla nas krajem tranzytowym, a więc nie było czasu na zwiedzanie, a jedynie na otarcie się o hinduską ulicę w Siliguri (kobiety w barwnych sari, riksze, krowy, śmiecie, uliczny dentysta itp.) oraz nocny, pożegnalny wypad na bazar w Delhi (ostatnie zakupy).
Trudno podsumować tę wyprawę jednym zdaniem, zbyt wiele wrażeń i to bardzo zróżnicowanych. Może tylko krótkie – warto było.


Poprawiony: wtorek, 07 stycznia 2014 15:56