Krutynia zapada w zimowy sen Drukuj Email
Wpisany przez Zofia i Stefan Zubczewscy   
czwartek, 24 listopada 2011 11:32

Krutynia zapada w zimowy sen

Nie ma piękniejszego, ani bardziej przyjaznego szlaku dla kajakowego spływu, może nawet w całej Europie, jak ten fragment rzeki Krutyni, który zaczyna się we wsi Krutyń, a kończy w Ukcie. Mamy więc w naszej Gminie „cud natury”. Jak z niego korzystamy? Co o nim wiemy?
altDorzecze Krutyni wyrzeźbił lodowiec, który wycofał się z Mazur jakieś 11 tysięcy lat temu.  Powygniatał on większe i mniejsze kotliny, które wypełniły się wodą. Tak powstało przeszło 60 jeziorek nadkrutyńskich, przez 20 z nich przepływa się kajakiem. W wodzie pozostał świadek tamtych przedhistorycznych wydarzeń – maleńki, dwucentymetrowy kiełż, zamieszkujący Krutynię od epoki lodowcowej. Kiełż ten nie jest urodziwy, wygląda jak szara krewetka, gdy wyciągniesz z rzeki jakieś zielsko, to na pewno razem z tym właśnie kiełżem, przyklejonym do łodygi.
Górny bieg szlaku Krutyni zaczynający się w Sorkwitach jest dosyć wyczerpujący. Trzeba się mocno nawiosłować, gdyż są miejsca gdzie woda stoi, a nawet czasami zawraca. altJest tam dziko i pustawo, to też  placki ziemniaczane i piwo rzadko występują na brzegu, za to można spędzić noc na bezludnej wyspie, można też zetknąć się z pływającymi wyspami. Krutynia bowiem przepływa przez teren bagnisty, torfowy. Kawałki jej brzegów mogą odrywać się od stałego lądu i dryfować. Tego lata wyspy takie zatkały kanał łączący rzekę z jeziorem Duś ten którym płynie się do klasztoru Starowierców w Wojnowie (fot. z lewej), .
Najpiękniejszy, a zarazem najłatwiejszy jest fragment rzeki między wsią Krutyń a Uktą.  Kajaki niesie leniwy nurt, nie trzeba przepływać przez żadne jeziora, jedyną niedogodnością jest „przenioska” przy młynie, gdzie nurt rzeki przegradza zapora. Tam jednak latem czeka cała gromada chłopców z pomysłowymi wózkami, którzy za pięć złotych przenoszą kajaki.

Jak kiedyś było na Krutyni
Ryszard Gałecki pierwszy raz przyjechał na wakacje do Krutyni  w 1950 roku, miał wtedy 10 lat. Wspomina, że jedynym miejscem, gdzie można było wtedy wypożyczyć kajak był PTTK.  Po rzece prawie nikt nie pływał, najwyżej paru wędkarzy, na rybackich łodziach. On sam kupił sobie i żoni
alt
Irena i Ryszard Gałeccy w swych ukochanych kajakach na Krutyni, w tle drewniany most w Wojnowie
e Irenie kajak dopiero w 1977 roku, był to składak Neptun z Niewiadowa. Przytargali go z Warszawy PKS-em, bo w tamtych latach prawie nikt nie miał własnego samochodu i dalej przez las (ciężkie to było) potaszczyli do  leśniczówki Rostek nad jeziorem Duś, gdzie wówczas wynajmowali pokój. Tym kajakiem przez Duszawicę (kanał) pływali z Dusia na Krutynię i dalej z prądem rzeki do Ukty po zakupy. Była to najłatwiejsza droga i dla nich najbardziej przyjemna, choć musieli wracać pod prąd (ale już nie na głodniaka). – Rzadko mijaliśmy łodzie na wodzie – wspomina Ryszard. – Zawsze mówiliśmy sobie dzień dobry.
W Zgonie, nieopodal Mokrego mieszkał kiedyś pisarz, Igor Newerly. Pływał on na kajaku własnoręcznie zrobionym. W latach po drugiej wojnie światowej był instruktorem w Robotniczym Towarzystwie Przyjaciół Dzieci, gdzie prowadził zajęcia stolarsko-szkutnicze, stąd też trochę kajaków z tego Towarzystwa kręciło się niegdyś po Krutyni.
Starzy mieszkańcy Wojnowa opowiadali mi, że przed 80. rokiem  rzeka była dużo szersza niż obecnie, gdyż nadbrzeżne trzciny i inne zielsko były koszone od strony wody przez specjalną, pływającą kosiarkę. Pas trzcin, który nad Krutynią robi się z roku na rok szerszy, wtedy nie zajmował dużo powierzchni. Zmorą dla ptactwa był zwyczaj wypalania trzcin, dzisiaj już zaniechany, a jeszcze wcześniej prawnie zabroniony.
W tamtych latach rzeka jako droga częściej wykorzystywana była zimą niźli latem. Bo gdy mocno sypnęło śniegiem, to tylko po lodzie, na saniach zaprzężonych w konie można się było wydostać z wioski w pilnej potrzebie, na przykład do izby porodowej. Mieszkają w Wojnowie panie, które niegdyś, właśnie w ten sposób pojechały do porodu.
W latach 90. zeszłego wieku na Krutyni zaczęło pojawiać się co raz więcej kajaków. Dzisiaj są dni, gdy płyną ich całe tłumy. – Krzyk, pijaństwo, bijatyki to co weekendowy widok – mówi Ryszard Gałecki, który teraz mieszka nad samą Krutynią. – Ale to wcale nie znaczy, że  nie można rozkoszować się Krutynią w ciszy. Trzeba wypłynąć wcześnie rano, przed 10 godziną, lub po południu – po 18. Albo też pojechać do Ukty i tam wsiąść na kajak. Końcowy odcinek spływu jest bowiem mniej popularny niż wcześniejszy, a równie (choć w inny sposób) malowniczy.
 
Z Ukty do ujścia
Nurt za Uktą przyspiesza, rzeka meandruje, podmywa brzegi, tworzy czarne głębie, które kajakarzy niepokoją, gdyż wcześniej mogli przez cały spływ widzieć dno. Rzeka wpada do jeziora Bełdany, ale kajakiem można popłynąć jeszcze dalej, po jeziorze do śluzy na Guziance, prześluzować się i dobić do portu w  Rucianem - Nidzie. Zazwyczaj jednak spływ kończy się trochę wcześniej, jeszcze na rzece, przed wsią Iznota.
Widok spod wody, widok dna i tego wszystkiego co żyje w Krutyni to jeszcze jedna przyjemność, jakiej może dostarczyć rzeka. Pan Andrzej Siadek z Wojnowa (fot z lewej), przez przyjaciół nazywany Rambo VI, na co dzień strażak z Ochotniczej Straży Pożarnej Ruciane-Nida, organizuje spływy podwodne. Ma odpowiedni sprzęt dla turystów: pianki w różnych rozmiarach, maski, butle, nawet hermetyczne woreczki na telefony komórkowe. Mówi, że każdy może wybrać się na taki spływ, nawet ten kto nie potrafi pływać. – Każdej wiosny przeprowadzam rekonesans dna rzeki w okolicach Ukty – opowiada. – Konfiguracja dna zmienia się, gdyż zimą rzeka szybciej płynie, przesuwa kamienie i kłody drzew, wymywa nowe jamy. Płynę więc i zapamiętuję ładne widoki, miejsca gdzie gromadzą się ryby i gąbki słodkowodne, kamienie na których czerwienią się krasnorosty.  W lecie pokazuje to wszystko turystom. Podwodny spływ trwa około godziny, zawsze w piance, pokonujemy mniej więcej kilometr w dół rzeki. 
Pan Andrzej mówi, że szczupaki i okonie nie boją się go wcale, że duże ryby mają swoje miejsca, domy, w których prawie zawsze można je zastać. – Znałem kiedyś trzykilowego klenia (ryba karpiowata), który przez całe lato ładnie pozował do zdjęć. Ale najwięcej emocji dostarcza wyprawa z butlą na Jegrowy Grunt – opowiada. – Jest to miejsce między Uktą a Nowym Mostem, gdzie rzeka ma od 7 do 11 metrów głębokości. Nurt wymywa w brzegach komory podziemne, głębokie czasem na dwa metry. Jest tam czarno i straszno, choć wszystko widać, gdy wpłynie się z latarką, bo  woda w naszej rzece jest przezroczysta na sześć metrów. W komorach chronią się duże ryby, do nich też uchodzą wejścia i wyjścia z nor bobrów. Bobry na Krutyni w zasadzie nie budują żeremi, wolą mieszkać w jamach wypłukanych przez rzekę.  Jesienią na zimę ryby przenoszą się z rzeki do jezior i jeziorek, w nurcie pozostają tylko szczupaki i okonie.
 
Turyści i rzeka
altW słoneczne, letnie weekendy Krutynią przepływa dziennie nawet ponad dwa tysiące kajaków. Ale rzeka nie traci swej urody, ani swojej fauny i flory. Dzieje się tak dlatego, że tłok panuje tylko na krótkim odcinku spływu i tylko przez osiem tygodni w roku. Tak krótki jest sezon turystyczny na Mazurach, a turystyka dla wielu mieszkańców tego regionu stanowi główne źródło utrzymania. Pan Roman Prusiński (fot. z prawej)
prezes Stowarzyszenia Szlak Krutynia, które gromadzi właścicieli kajaków i innych łodzi, mówi, że od czasu do czasu odbywają się rozmowy między organizatorami spływów, a kierownictwem Mazurskiego Parku Krajobrazowego przez który płynie Krutynia, na temat regulacji ruchu na rzece. – Słyszymy, że należy zmniejszyć liczbę kajaków, ponieważ turyści niszczą przyrodę – mówi pan Prezes. – Nie wiadomo jednak kto ma to zmniejszenie przeprowadzić, komu zabrać kajaki i czy rzeczywiście należy to zrobić, gdyż nie ma dowodów na to, że przyroda cierpi, a zwłaszcza, że ptaki się płoszą na widok turystów.  Zauważyliśmy, że liczebność kajaków na Krutyni sama się reguluje. Nad rzeką jest bowiem niewiele miejsc dostępnych, takich gdzie można przybić kajakiem i wyjść z niego na brzeg. Miejsca te są przeważnie w prywatnych rękach, właściciel sam wynajmuje kajaki i nie jest zainteresowany, aby inni korzystali z jego łąki. Dalej – teraz dajemy turyście wszystko: kajak, kamizelki ratunkowe, odwiezienie do samochodu po zakończeniu spływu.  W dodatku robimy to za umiarkowaną cenę, czterogodzinny spływ kosztuje 40 złotych od dwuosobowego kajaka. Kiedyś turyści z Niemiec, czy z odległych regionów Polski przyjeżdżali nad Krutynię własnym autokarem z własnymi kajakami. Obecnie nie ciągną już ze sobą kajaków, gdyż łatwiej i taniej jest skorzystać z naszych, z tych co są na miejscu.
A co z zanieczyszczaniem przyrody? - Odkąd zaprzestano melioracji nadkrutyńskich bagien pas trzcin i zarośli poszerzył się – mówi pan Prusiński. -  Ptaki mają teraz więcej miejsca na lęgi niż dawniej, toteż odsunęły się od nurtu rzeki.  Z nad wody zniknęły norki, wyniszczające do niedawna ptasie gniazda, bobry rozmnażają się znakomicie, coraz mniej uwagi poświęcając ludziom. Można powiedzieć, że rzeka wraca do dzikiego, pierwotnego stanu. Czasem zastanawiam się, czy te wszystkie jazy, śluzy i tamy, które kiedyś wybudowano dla potrzeb transportu drewna rzeką są ciągle potrzebne. Nikt tego nie sprawdza, nikt nie oblicza co by się stało, gdyby polikwidować urządzenia przegradzające rzekę, przywracając jej swobodny przepływ, prawdziwie naturalny.

 
alt alt alt
Krutynia przed sezonem, wiosną... ...w sezonie, latem... ...i po sezonie, zimą

Prawdą jest, że ludzie zaśmiecają rzekę, ale jej nie zanieczyszczają. Dawniej gdy wokół uprawiano więcej pól, a więc i nawożono je, do rzeki spływały resztki sztucznych nawozów, cała ta rolnicza chemia, obecnie problem ten nie istnieje. Śmieci trafiające do wody, to głównie puszki i butelki, odpadki nie toksyczne dla przyrody, choć toksyczne dla ludzkiego poczucia piękna. Wiemy o tym, czujemy to, dlatego też znajdujemy ludzi, którzy sprzątają Krutynię.

Członkowie Stowarzyszenia Szlak Krutyni składają się na opłacenie człowieka, który systematycznie patroluje rzekę i usuwa z niej śmieci. Tym pracownikiem jest strażnik z Mazurskiego Parku Krajobrazowego. Prócz tego organizowane są akcje sprzątania Krutyni. Niegdyś akcje takie organizował rok rocznie dyrektor Szkoły Podstawowej w Wojnowie, Henryk Siwonia. Rzekę sprzątali starsi uczniowie, ale szkoła już nie istnieje. We wrześniu 2011 roku Krutynie sprzątali strażacy ze Strażackiej Grupy Wodno-Nurkowej,  istniejącej przy OSP w Rucianem-Nidzie oraz ich koledzy. Wysprzątali dno na najbardziej zaśmieconym odcinku szlaku kajakowego, czyli miedzy mostem w Wojnowie a stanicą w Ukcie. Wyłowili prawie 400 kg śmieci, przeważnie puszek, butelek, okularów, telefonów choć trafiły się i dwa aparaty fotograficzne w tym jeden na chodzie.
- Śmiecie też są inne niż kiedyś – wspominają sprzątacze. Podczas pierwszych sprzątających spływów wyciągano z rzeki całe kuchnie węglowe, karoserie samochodów, mnóstwo opon, trafiały się nawet maszyny do szycia. A dzisiaj? Drobnica. Ludzie śmiecą, ale jakby delikatniej.

Coś od siebie
Moja obserwacja Krutyni ze wsi Wojnowo (tutaj od dwudziestu lat mam swoją chałupę) jest oczywiście nie tak pełna, jak ludzi pracujących na wodzie. altWidzę jednak, że rzeka i jej dzicy mieszkańcy dogadują się z nami, ludzie jej nie przeszkadzają, jeśli to przeszkadzają sobie nawzajem. Tego lata nad brzegiem Dusia, tuż przy plaży widziałam orła bielika polującego na ryby. Żurawie, jeszcze dziesięć lat temu nadzwyczaj płochliwe, teraz dają do siebie podejść na dwadzieścia i mniej metrów. Bobry zrobiły się wręcz bezczelne. Wchodzą na przykład na podwórko Ireny Gałeckiej i ścinają jej wierzby. Chyba najgorzej radzą sobie ryby. Wyniszczone one zostały przez rabunkową gospodarkę prowadzoną przez PG-Ryb w PRL. Z małego Dusia (o powierzchni 35 ha) na przykład w ciągu jednego dnia wyławiali prawie wszystkie ryby, ciągnąc sieci dwa razy wzdłuż i dwa razy w poprzek jeziorka (fot. z prawej). Pan Andrzej Siadek opowiadał mi jak wygląda dno zbiornika po przeoraniu „przemysłową” siecią: każdy kamień odwrócony, każde schronisko dla ryb zniszczone, ikra oderwana od podłoża co niweczyło jej rozwój. Matecznikiem dla krutyńskich ryb są jeziorka – w nich ryby zimują, by wiosną powrócić do rzeki. Nie słychać jednak, aby ktoś te jeziorka zarybiał, w trosce o ochronę przyrody.
Teraz Krutynia szykuje się do snu zimowego, podczas którego odpocznie po zgiełku lata.  Pan Andrzej powiada, że nie ma nic piękniejszego jak widok z kajaka zamarzających brzegów rzeki, takiej właśnie zasypiającej.

Tekst    - Zofia Zubczewska
Zdjęcia - Stefan Zubczewski

 

Poprawiony: wtorek, 07 stycznia 2014 15:05